5. Bażanty w sadzie wisielców (Zuzanna Ginczanka, Mądrość jak rozkosz)
Pokoiki na jedną noc. Bezsenności nowych miejsc. Tykanie cudzych zegarów w przenikliwej, wiejskiej ciszy nocy. Trudne poranki ze zbyt mocną herbatą pitą ze zbyt świątecznych filiżanek.
I odwiedziny, które budzą najwyższy szacunek. Zwyczajne życie, w którym toczy się śmierć. Doglądanie, przykrywanie, mycie ciała. Wszystko jak modlitwa. Dłoń przesuwająca się po koralikach pogniecionych prześcieradeł, kołder, grubych zasłon. Dłoń nieustannie czuwająca.
W drodze powrotnej widzieliśmy trzy bażanty w sadzie wisielców. Przechadzały się majestatycznie, zaczepiając piórami ogona o kępy traw.
A potem równina, krajobraz powstały z rzutu kostką. Kilka domków, jakieś drzewa, jakieś ptactwo.
Wszystko przypadkowe, chwilowe, po pierś tkwiące w burym, brudnym zmierzchaniu.
Tylko książka nieprzypadkowa. Wzięta na ponowne podczytywanie. A tytuł dał nam gotowe zdanie na te dwa dni.
Przekraśne wiśnie, czerwone jabłka i rubinowe, pachnące serca
w zgięciach gałęzi toczą dojrzałość poczęte w słodkim spóźnieniu
czerwca -
- przebieram ręką kity badyli i czeszę dłonią chwaściastą zieleń -
łagodna dobroć z milczącą ciszą w oddali we mgle siwej się ściele...
(1 czerwca 1933, fragment wiersza Koniec świata)
Zuzanna Ginczanka, Mądrość jak rozkosz. Wiersze wybrane. Wybór i posłowie Agaty Araszkiewicz, Warszawa 2017.
I odwiedziny, które budzą najwyższy szacunek. Zwyczajne życie, w którym toczy się śmierć. Doglądanie, przykrywanie, mycie ciała. Wszystko jak modlitwa. Dłoń przesuwająca się po koralikach pogniecionych prześcieradeł, kołder, grubych zasłon. Dłoń nieustannie czuwająca.
W drodze powrotnej widzieliśmy trzy bażanty w sadzie wisielców. Przechadzały się majestatycznie, zaczepiając piórami ogona o kępy traw.
A potem równina, krajobraz powstały z rzutu kostką. Kilka domków, jakieś drzewa, jakieś ptactwo.
Wszystko przypadkowe, chwilowe, po pierś tkwiące w burym, brudnym zmierzchaniu.
Tylko książka nieprzypadkowa. Wzięta na ponowne podczytywanie. A tytuł dał nam gotowe zdanie na te dwa dni.
Przekraśne wiśnie, czerwone jabłka i rubinowe, pachnące serca
w zgięciach gałęzi toczą dojrzałość poczęte w słodkim spóźnieniu
czerwca -
- przebieram ręką kity badyli i czeszę dłonią chwaściastą zieleń -
łagodna dobroć z milczącą ciszą w oddali we mgle siwej się ściele...
(1 czerwca 1933, fragment wiersza Koniec świata)
Zuzanna Ginczanka, Mądrość jak rozkosz. Wiersze wybrane. Wybór i posłowie Agaty Araszkiewicz, Warszawa 2017.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz