19. Cierń, cień, żurawiny (Agata Ludwikowska, Sezon w sobie)

19. Cierń, cień, żurawiny (Agata Ludwikowska, Sezon w sobie)


Kolejna odsłona cyklu: Gdzie się podziały Poetki?

Oj, mam szczęście do Poetek. Z tym tomem chodzę już prawie miesiąc. W przedziwnie prywatny sposób mówi do mnie kilkunastoma obrazami, wyciętymi z zupełnie mojej wyobraźni i wspomnień. Skąd tyle wie o strzyżeniu włosów, z którego wpada się w myślenie o cmentarzu? Skąd wie o wiadrze wypełnionym żurawinami na tylnym siedzeniu opla, o odgłosie spadających słodkich jabłek i o tysiącu innych spraw? Po prostu wie!

***
Psia gwiazda

to przecież nie leży w naszej naturze tak szybko uciekać
w słabo oświetlony pasek drogi kiedy wycieraczki już
ściągają z szyby deszcz wszystko przez te bezsensowne
schadzki poza snem mokry trzask łamanych gałęzi w lesie

w psim pysku nocy twoje ciało łykam jak truciznę a to
ty mnie niesiesz w zębach krążysz wokół mnie wokół mięsa
które przeczuwasz jest pełne ciemnej krwi polujesz na gorący
worek brzucha którego bronić będę do upadłego a potem

będzie już o wiele za późno a może i zbyt daleko
żeby dojrzeć żałosny pierścionek księżyca sinawy kark
zwierzęcia w ciemnościach żeby słyszeć a ty dziękuj bogu
że pozwala ci tak długo umierać na tak różne sposoby

***
Autorka pomyślała ten tom trochę muzyką, a trochę oddychaniem. Każdy wiersz rozebrany z interpunkcji, podzielony na trzy oddechy (strofy). Wszędzie natłok obrazów: gotowych do wyśnienia, rozrysowania tuszem w kolorach zieleni i ziemi. Czyta się te wiersze, jakby się oddychało. Organicznie, lekko i aromatycznie. Wszystko poprzyklejane do drzew, samochodów, wody, mieszkań, wsi. Obrazy kołyszą się i przemieszczają się pomiędzy różnymi własnymi stanami "ja". Te stany zamyka się w wierszach, trochę sezonuje, żeby nabrały barw i przegryzły się istnieniowymi zadziorami. Jest przepiękny, intrygujący i bardzo spójny. Z pozoru każdy obraz jest zupełnie osobny, ale przy każdym kolejnym wierszu mam wrażenie, że jestem w świecie już kiedyś oglądanym. 
Agata Ludwikowska ma ucho (na pewno ćwiczone w plenerze) i odruchy, których nie da się upilnować. Dotyka wszystkiego palcami, a potem je oblizuje. Nic dziwnego: świat to lepki, pszczeli.

Dzisiaj czytałam sobie ten tom kolejny raz, a moi studenci pisali egzamin. Oczywiście przeczytałam im na głos jeden z wierszy. A oni na to: "jeszcze!".

Agata Ludwikowska, Sezon w sobie, Biblioteka Arterii, Łódź 2014.


*** Ciąg dalszy nastąpi ***
18. Nieprzeniknione (Chimamanda Ngozi Adichie, To coś na Twojej szyi)

18. Nieprzeniknione (Chimamanda Ngozi Adichie, To coś na Twojej szyi)


Nie znałam wcześniej tej pisarki. Poleciła mi ją krakowska poetka, jedna z Autorek, o których napisałam tutaj recenzję. Bez chwili wahania znalazłam tom nowel i dałam się ponieść. 

Chimamanda Ngozi Adichie jest nigeryjską pisarką i w każdym opowiadaniu jej bohaterki noszą brzemię identycznego pochodzenia, czują potrzebę, a nawet przymus pielęgnowania tradycji (którą tak trudno przeflancować na nowy, amerykański grunt), a przede wszystkim poszukują samookreślenia w warunkach emigracji, konfrontują się z polityką i prawem rodowym. 

Adichie w znakomity sposób (co zachowała także w przekładzie Tłumaczka, Katarzyna Petecka-Jurek) przemyca wyrażenia z języka ibu. Subtelnie wprowadza faktografię, która pozwala czytelnikom doopowiadać sobie całą, bardzo ważną dla tożsamości, warstwę sensualną. Zapachy i smaki są pierwszymi elementami zdradzającymi (zakazaną) przynależność przebywających w Ameryce Nigeryjek. To tych znaczników tożsamości muszą się wystrzegać, by móc "przepłynąć" ku nowej przyszłości. Nie mogą gotować aromatycznych dań, nie powinny używać swojego języka, żeby przetrwać w nowej kulturze należy jeść pizzę i ubierać się zwyczajnie, czyli dążyć do niewidzialności. Bycie wymaga ciągłego usuwania tego, co ważne. Na końcu tego procesu pozostaje tylko garść obciętych z goryczy włosów na dnie zlewu.
Wyjątkową wartością książki są także uwagi na temat Ameryki, a przede wszystkim prawdziwej twarzy "państwa ze snu", nowej ojczyzny bogatych widzialnych-niewidzialnych kobiet wysyłanych przez mężów z ojczyzny, by mogły w ten sposób potwierdzić majętność rodziny i jej prestiż. W nowych scenografiach jedynymi bliskimi osobami są dzieci i służące. 
Adichie dopina do tych historii także niezwykle poetyckie zdania, diagnozujące świat kobiet w stanie przesilenia. Jest świetną obserwatorką emocji i relacji z mężczyznami.
I bardzo dużo o nas wie.


Chimamanda Ngozi Adichie, To coś na Twojej szyi, przeł. Katarzyna Petecka-Jurek, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2011, ss. 295.
***

Ta książka otwiera nowy cykl: Tylny rząd, w którym będę pisała o książkach wydanych kilka, kilkanaście lat temu, które warto przeczytać raz jeszcze. Czekam na wszelkie sugestie, bo książki  polecone przez Państwa w prywatnych wiadomościach są prawdziwymi odkryciami! Dziękuję!
17. Dave Goulson, Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami

17. Dave Goulson, Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami


Jest to jedna z tych książek, które czyta się jednym tchem. Nie pamiętam drugiej tak porywającej narracji przyrodniczej o życiu owadów. Brytyjski biolog, Dave Goulson, w niezwykle przystępny, ale i skrzący się inteligencją sposób prezentuje imponującą wiedzę o trzmielach. Od razu prowadzi czytelnika za rękę prosto na angielskie łąki z koniczyną i łubinem. Mamy tutaj wspaniale opowiedzianą historię pszczół (dlaczego zostały wegetariankami?), dzieje niezwykłej podróży angielskich trzmieli na Nową Zelandię (z której nie mogły powrócić), tajemnice gniazd, opis niezwykłych relacji między robotnicami (kochają bardziej siostry niż własne potomstwo), sposoby na przegrzanie (robotnice-wentylatorki), a także garść niezwykle przydatnych informacji: skąd się bierze keczup (w tym pytaniu mieści się historia europejskiego rolnictwa) i jak ratować te cudowne, stałocieplne, puszyste arycydzieła.

Idzie lato, wrócimy tam, gdzie nasze miejsce (czyli na łąki). Wypadałoby wiedzieć, kto nas gości. A na balkonie postawić donicę z lawendą. 

Na koniec najważniejsze:  po przeczytaniu tej książki miałam ochotę klaskać na stojąco wspaniałym i starannym redaktorom, redaktorkom i korektorkom (Adam Pluszka, Anna Mirkowska, Elżbieta Dobrzyńska i Beata Wójcik), a przede wszystkim Tłumaczce, Annie Bańkowskiej! 
Wykwintny język fachowy musiał roić się przed oczami i szemrzeć w uchu tysiącem godzin pracy.
Lektura obowiązkowa!
   
Dave Goulson, Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami, przeł. Anna Bańkowska, Wydawnictwo Marginesy (seria EKO), Warszawa 2017.
16. Czułość na podsłuchu (Renata Senktas, Clarity)

16. Czułość na podsłuchu (Renata Senktas, Clarity)

Clarity Renaty Senktas przewozi podmiejską kolejką na linii otwockiej prosto w tajemnicę życia, które Poetka odsłania powoli, ale zrzucając szybko wstyd. Można tropić słowa, bo dużo tu nasłuchiwania brzmień, bliskiego przylegania do ruchliwego świata. Wiersze przypominają nagrania roślinnych tropizmów wyświetlanych w przyspieszeniu: to, co z pozoru powolne, miarowe i niemal statyczne na wielkim, płóciennym ekranie staje się zaskakującym obrazem pełnym trwogi, a czasem bólu. Renata Senktas pisze, jakby mówiła w imieniu sosen, drgnięć powietrza i wody. Widzi uważnie, tylko na chwilę zatrzymuje "trójkątną nogę żaby", "oceany po każdej z naszych stron".
*
(...)
Ale w tutejszych sosnach
choć jest monotonia
nie ma nic z porządku
i na próżno tu szukać

jednakowych póz - jesteśmy
imitacją ich wygięć
tak dziwnie łamliwi
na tle - 

I czyżby brała nas zazdrość
że jedna wrosła w drugą
że splotły się na stałe
że nieregularnie?

(Swoją drogą

*

Errata

Na wyspie zamiast domu budujemy łódź.
Szukam dębu wysokiego na piętnaście metrów.
Do Lurgan za daleko, wydrążą go, nim zdążę
i nikt tu się nie dowie, czy w środku twardy
czy miękki był i żyzny.

W miejscu przecinków daj liście bluszczu
niech się rozrosną czerwienią niech ułożą
ścieg niech zatkają szczeliny bo rozsadza je morze
choć kra na rzece leży a rzeka jest jedyna
a innej wody nie ma - 

To na serio tak wygląda, że deszcz daje początek
w parku przy Fitzwilliam Square, gdzie słońce
ssie trawę długo, po południu.

Wiersze zawieszone są prawie symetrycznie pomiędzy światem ludzkim i zwierzęco-roślinnym, pożywiają się niedomówieniem, ale pilnie odrabiają lekcje perspektywy. Każdy utwór zapisuje literami konkretne zdarzenie, ułamek chwili, krajobraz. "Wyobraź sobie zwoje, szpule, opowieści z nici / nici z opowieści". Wyobrażam sobie.

Tom był nominowany w kategorii książka roku do Wrocławskiej Nagrody Silesius 2017.

Renata Senktas, Clarity, Dom Literatury w Łodzi (Biblioteka Arterii), Łódź 2016, ss. 31.


*** Gdzie się podziały poetki?***
ciąg dalszy nastąpi
15. Nietoperz we włosach (Petra Soukupová, Pod śniegiem)

15. Nietoperz we włosach (Petra Soukupová, Pod śniegiem)



Była sobie rodzina. Rodzina w emocjonalnym kołtunie, zapętlona, tkwiąca w starych wspomnieniach, ślizgająca się po pozorach, chociaż wzajemnej miłości odmówić jej nie można. Każdy tu każdego zna, ale niczego do końca nie wie. Niby wszyscy mają po co wracać do domu, ale uciekają jak najszybciej się da. Zapraszamy do czeskiej psychodramy! 

Soukupová znakomicie buduje dramaturgię. Każda z sióstr ma inną historię. Olina jest samotną matką Oliviera (zdaniem sióstr źle wychowuje syna, przesadnie się stroi), Blanka podejrzewa męża o zdradę (zdaniem sióstr jest zbyt otyła i zaniedbana, nie radzi sobie z trójką dzieci), a  Kristýna związała się z żonatym mężczyzną (zdaniem sióstr jest dziecinna i niepoważnie podchodzi do życia). Autorka wrzuca nas do dużego samochodu, którym bohaterki psychodramy próbują dotrzeć do rodzinnego domu. Słowa wypowiedziane zmieszają się z myślami nie do wypowiedzenia. Wzajemne zarzuty, przytyki i uwagi szybko okażą się pozorami, bo w głowie każdej z bohaterek ich własna sytuacja wygląda inaczej niż można podejrzewać. Kiedy dojeżdżamy do domu rodziców na trzy kobiety (mocno wyeksploatowane emocjonalnie) czekają jeszcze większe emocje: rodzice usiłują ukryć swój nowy sekret, przychodzą niewygodne esemesy, pojawia się mąż Blanki (Libor)...

Książka jest bardzo oszczędna językowo, bo Autorka myśli kadrami, ale siła tych obrazów rekompensuje językową lapidarność. Pomysł pisania o pozorach jest stary jak świat, ale w tej odsłonie wart jest lektury. Petra Soukupová jest nie tylko czeską pisarką, ale i scenarzystką. Widać to na każdej stronie książki. Każda scena z życia trzech sióstr jadących autem na urodziny taty to niemalże idealny kadr (filmowy/teatralny). Tę książkę się po prostu "widzi". A w dodatku powieść napisana jest z punktu widzenia kobiet, o kobietach i przez kobietę. Intensywnie i intrygująco.



A po całej historii szwendają się koty.

Petra Soukupová, Pod śniegiem, przeł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2016, ss. 405.


PS To już druga niezwykle intrygująca książka Wydawnictwa Afera, którą ostatnio przeczytałam. Pierwszą była: Matka umiera w sobotę Rafała Niemczyka (2015). Czytajcie, bo warto !
14. Książki na resztę dni (Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem)

14. Książki na resztę dni (Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem)


Marcin Wicha po raz drugi (niczym krawiec ze szpilkami w ustach) zdejmuje miarę z odchodzenia. Za pierwszym razem (Jak przestałem kochać design, 2015) książkę otwierała scena projektowania urny dla ojca. Wraz z myśleniem o formie Autorowi przypominał się prawie cały świat polskiej grafiki, sylwetki twórców i eksploratorów form bardziej pojemnych. Wśród wielu różnych puent pojawiło się wtedy przeświadczenie o pozostaniu samotnym, ale z cudno-gorzkim dziedzictwem wiedzy o możliwych kształtach świata, eksperymentalnych liniach i konturach. 

Tym razem Wicha pakuje mamę. Książki po mamie. Likwidowanie księgozbioru to zamykanie całego wszechświata dawnego życia i mniej lub bardziej bolesne uświadamianie sobie nowego stanu, w którym dominuje "nieczynność", a może raczej "unieczynnienie" wszystkiego, co kiedyś żyło, uczestniczyło w istnieniu, budowało je, stało się tłem zdjęć. Porządkowanie woluminów, które bezwględnie opuszczą mieszkanie i przeglądanie książek "do zostawienia" uruchamia serię przypominających się króciutkich epizodów z niemal całego życia. Pomiędzy kolejnymi anegdotami (walk o książki, walki o gust, brania się na łby z ludźmi, szastania babciną czułością, bycia po swojemu, ratowania fatalnych dni lekturami na mroczne i świetliste okazje) można - co udowadnia Wicha - bardzo dużo opowiedzieć, a nawet wygadać się, oddać, zrzucić z siebie trochę "swojego", zapisać domykanie życia w formie nieuklepanej na siłę, nieuładzonej, intuicyjnej. 

Nie wiem, czy łatwo byłoby znaleźć równie intymną książkę, która zatrzymuje tajemnicę chorowania i śmierci dla siebie, choć przecież prawie co chwilę o niej mówi. 
Nie wiem, czy łatwo byłoby znaleźć książkę, która byłaby tak znakomicie wyważoną biografią opowiedzianą książkami właścicielki. Biografią bez udziwnień. Szczerą, więc ascetyczną. Precyzyjną, więc niemal nagą.
Nie wiem też, czy wielu jest Autorów tak świetnie naprężających rejestry języka (od ironii do trzeźwego, bolesnego namysłu), żonglujących obrazem, ale bez cyrkowej śmieszności, bez zupełnie niepotrzebnego patosu, bez niedźwiedzia na sznurku. 

Rzeczy, których nie wyrzuciłem czyta się z przeczuciem dotykania czegoś cudzego, niezwykle prywatnego, ale bardzo wspólnego. Bo po każdym z nas zostaną półki i rzeczy do oddania.
Książki do oddania i te na resztę dni bez.



Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Karakter Kraków 2017, ss. 183.  


13.  Pszczoły roją się nad ostatnią ścieżką (Małgorzata Lebda, Matecznik)

13. Pszczoły roją się nad ostatnią ścieżką (Małgorzata Lebda, Matecznik)


Matecznik Małgorzaty Lebdy jest jednym z tych tomów, które brzmią jak zaklinanie, zamawianie. Wszystko w nich jest z sennej, śmiertelnej otchłani. Wszystko w nich jest podszyte mrokiem, rodzinnymi tajemnicami. Całe mówią o mięsności istnienia, a Jolanta Brach-Czaina pisała, że "w mięso trzeba włożyć obie dłonie". Czy da się powtórzyć ten gest w poezji?

(...)
ojciec przywołuje mnie podaje scyzoryk
i każe wyjąć sobie z nadgarstka czarną drzazgę
musisz nauczyć się pracować we krwi mówi
ranę zalewamy pszczelim kitem na alkoholu
mamy od tego żółte cierpkie dłonie
(poranek: praca we krwi)

(...)
do sieni wchodzi ojciec z pokrwawionym zającem
bierze w dłonie twarz mojej siostry widzę jak krew
zwierzęcia i krew mojej siostry mieszają się
(czerwiec:krew)

Od pierwszego do ostatniego utworu, choć są jeszcze podzielone na osobne cztery części, prowadzi jedna, a może kilkanaście historii, wariacji na ten sam temat. Trudno wskazać jeden wyraz, w którym zamknie się całość tematów. Balansują między chorowaniem a umieraniem, między przymierzem z lasem a brataniem się z ludźmi, między życiem ze zwierzętami a jedzeniem ich mięsa. Bohaterem jest ojciec, ojciec odchodzący. Wraz z nim w całym pejzażu wszystko szarzeje, ściemnia się. Umiera przyjaciel ojca, giną pszczoły, znajduje się już chłodne psy, odchodzi cały świat. Ojciec mówi (kursywą), w końcu milknie.

*
sklejamy matkę boską od dołu szukam odłamków z wężem
potem stóp naskórek dłoni twardnieje od schnącego kleju
ostatecznie matka boska wygląda przyzwoicie brakuje
jej tylko serca i w plecach ma dziurę to tam będę wrzucać
ciężkie monety wykradane z niedzielnego płaszcza ojca

(matka boska:gipsowy klej)
*

W tym niezwykle precyzyjnie zapisanym świecie rytm bierze się z lasu, las "'podchodzi lisem" (jak pisała Autorka w poprzednim tomie) do ludzi, do słów. Coś tam mówi, wróży ze słojów z miodem i wraca z powrotem. Trochę jest zrozumiany, trochę dostrzeżony, ale tajemnica pozostaje nienaruszona. Reszta jest czytaniem z pożarów, czytaniem z wichury, z dłoni przypominających szpony, z butelek po wódce przepełnionych płynnym złotem. 

Jeśli pisać o znikaniu, o śmierci, o rytmie życia, to właśnie tak.

Wielka nieobecna nominacji do Nagrody Nike, chociaż doceniona w Poznaniu (Poznańska Nagroda Literacka 2017)



Małgorzata Lebda, Matecznik, WBPiCAK, Poznań 2016, ss. 46.


(ciąg dalszy nastąpi)


12. Piosneczki czarnej nici (Ján Púček, Przez ucho igielne. (Sploty)

12. Piosneczki czarnej nici (Ján Púček, Przez ucho igielne. (Sploty)


Jedna z najmądrzejszych Profesorek, jakie poznałam powiedziała mi kiedyś, że czyta się tylko dlatego, że pisarze coś tam o nas wiedzą i my ciągle szukamy konkretnych słów, choć nie wiemy których, bo pewne stany trzeba nazwać cudzymi słowami, żeby okazały się nasze. 

Ján Púček wie, że jesienne powietrze pachnie śmiercią. Wie, że najważniejsze rozmowy prowadzi się, gdy nagle gasną lampy i czeka się na dostawę prądu. Wie, że jedną z najbardziej niewysławialnych chwil jest szycie na maszynie. Zwłaszcza wtedy, kiedy zna się jej piosenki od dzieciństwa, kiedy wyrasta się wśród kobiet szyjących, ale szyjących świątecznie, zaklinających gwarem maszyny gorycze świata. Kobiet, które zamykają się z nieskończenie długimi płachtami materiału na noc w pokoju, a rano mijają od niechcenia podwieszone u sufitu dzieła sztuki. 

Historie, które w nas siedzą nie są zapisywane po to, żeby je oceniać. A czytałam Przez ucho igielne (Sploty) właśnie w taki sposób. Dla mnie opowieść o Janie i Bożenie, o Słowacji tańczącej na linie historii, o ludziach towarzyszących w biedzie i wystawiających do wiatru, o miłości (podwójnej), o odchodzeniu, o umieraniu, o zapominaniu smutku, ale i o pamiętaniu imion i nazwisk Żydów, którzy pewnego dnia zniknęli z oczu..... jest ważna z powodu kilku akapitów i kilkudziesięciu zdań, w których Púček coś mi na ucho powiedział. 


Nie dajcie się zwieść prostocie tej historii, Trzeba tę powieść czytać prywatnie i zacząć od wywrócenia jej na drugą stronę. Spodnie nici są najważniejsze, bo wszystko trzymają.


Na polskim singerze hurkotała Weronika Gogola. Oj dziewczyna umie endlować w rękach!


Ján Púček, Przez ucho igielne. (Sploty), przeł. W. Gogola, Książkowe Klimaty Wrocław 2017, ss. 332.

11. Tatuaże z paprocią (Julia Fiedorczuk, Tuż-tuż)

11. Tatuaże z paprocią (Julia Fiedorczuk, Tuż-tuż)


Tuż-tuż to jeden z moich ulubionych tomów Julii Fiedorczuk, nie tylko z powodu wierszy, ale i zdjęć Radosława Kobierskiego (świetnego skądinąnd poety). Czarno-białe skrawki ciał (ud, rąk, dłoni) poznaczone zetknięciami z resztkami przyrody. Ślady łodyżek i listków są wyraziste, bo stykała się z nimi goła skóra, ale niedługo znikną. Przejdą w niewidzialność.





Trudno o lepsze obrazy do wierszy budujących melodię tego tomu. Ponownie, choć zawsze od nowa, zawsze inaczej pojawia się u Autorki zmultiplikowana perspektywa, użyczająca glosu różnym punktom widzenia. Jest przyleganie do świata, jest poczucie istnieniowej nieszczelności. Są gesty przymierza z wodą, opuszczania słów i wchodzenia w nie z powrotem. Głosy dobywają się ze spęknięć, przedzierają się przez warstwy przypominania, bycia, wizji, snów. W niezwykłej intensywności pojawiają się ludzie i to, co po sobie pozostawiają, ale i migotliwe, bardzo ulotne odczucie prawie metafizyczne, jak "sól na obojczyku, smaczna, bardzo stara / mówi teraz nas" (Ekloga).






(...)
Dalej tylko
śpiew, przecież słyszę: droga się wykrysztala, astrostrada z girlandami pulsujących świateł, biorę głęboki wdech, a na wydechu nie
wiem i jestem, jestem tak
wielowymiarowa, że nagle
wstajesz od biurka, podchodzisz do okna i długo patrzysz - w mrok?
Jestem obłoczkiem mgły
w mokrej niecce pomiędzy drzewami, gdzie buszuje sen.
Trzymam się jutra, trzymam, trzymam - puszczam; wydycham
się, gubię, się zni-
kam - kiedy
Arachne rozpościera sieć
między szczytami gór i gruba rosa gwiazd osadza się na wątkach opowieści
nie o mnie, nie o tobie
w szczelinie drzwi uchylonych na to, 
co nas w mroku łączy, rozdziela i łączy
łączy, rozdziela i łączy;
zaczyn nowego dnia.

(Matematyka)


*

są takie słowa, w których mnie już nie ma.
nic nie zostało tylko popiół popiół
i noc w kolorze wina, bezdenna jak wino
i twoje ciemne oko, księżycu.

nocą serce tańczyło w ażurowej klatce
jak motyl w katedrze czyjejś ciepłej dłoni
(te kobiety wykiełkują w sezonie roztopów)
ciepła dłoń zaciśnięta w pięść.

białe paprocie na martwych jeziorach.
ostrze nowiu na żebrach, żeby mogły tańczyć, 
serce, 
garść pijanych gwiazd na obrusie z mgły.

(Nocą tańczyłam do utraty tchu)




Tuż-tuż to także tom o patrzeniu, a ściślej mówiąc o kadrowaniu widoku. W którym miejscu poprowadzić krawędzie wiersza, żeby obraz przemówił. Co przemilczeć, co poprawić ręką, co dodać, że wszystko współbrzmiało, stawiało pytania?


Julia Fiedorczuk to wie.


Julia Fiedorczuk, Tuż-tuż, Biuro Literackie, Wrocław 2012.
10. Kalmus, holunder, dżerabaj (Simona Kossak, O ziołach i zwierzętach)

10. Kalmus, holunder, dżerabaj (Simona Kossak, O ziołach i zwierzętach)


W którym momencie kończą się pytania o przyrodę? W połowie podstawówki? Już nie wypada zagadywać dzieci o dokarmianie ptaków zimą, prowadzenie zeszytu obserwacji, czy o zielnik.

A jeśli ktoś nigdy ze zwierząt "nie wyrósł"?

Jeśli wyrosłeś z przyrody, możesz zakończyć czytanie w tym miejscu. 

Ale dla zielarek-domatorek i badaczy-moczarusów "O ziołach i zwierzętach" Simony Kossak to prawdziwy rarytas. Znakomite, pisane z lekkością i znawstwem krótkie historie roślin i zwierząt wrzucają nas od razu w zieloność. Simona Kosaak przedziera się przez knieję i co chwilę przystaje: tu masz lebiodkę, nie narusz sieci krzyżaka, tędy przebiegły łosie. Czytelnik czuje się w tej książce wspaniale, bo jest prowadzony ręką znawczyni i linią przyrodniczych anegdot. Oczywiście, jeśli ktoś spędził lata na czytaniu o faunie i florze Polski, nie będzie zaskoczony niektórymi wiadomościami, ale sposób opowiadania o śpiochach sikorkach, krótkozwroczności ropuch i urokach podagrycznika jest intrygujący. Miałoby się ochotę przetestować tę książkę na ludziach, którzy nie lubią lasu, z pewnością poddaliby się po pierwszych dziesięciu stronach.

*

Simona Kossak tak pisze o leczniczej mocy olszy czarnej:

Cierpiący na różę Hucuł kładł na chore miejsce czerwoną przepaskę, zamawiaczka olchową drzazgą podpalała dziwięć kulek przędziwa, dziesiątą kładła na pacjencie, podkurzała go dymem i przeganiała chorobę okrzykiem: "Sczeźnij, przepadnij!". Bawar dręczony bólem zęba wycinał drewienko po wschodniej stronie pnia olchy, dłubał nim w zębie, wkładał na miejsce, a gdy drzazga przyrosła - ból zęba znikał jak ręką odjął, pokonany siłą żywotną dzewa. Litwin z guberni wileńskiej w paroksyzmie febry biegł do lasu, by siąść na świeżo zrąbanym pieńku olchowym - choroba natychmiast wstępowała w drzewo i korzeniami spływała do ziemi
 (Olsza czarna)

Wszystkie historie uzupełniają dziesiątki rycin (co nadaje tej książce rys zielnika i zwierzętnika).


Lektura idealna, zanim wybiegniemy  w zieleń. Bo zieleń kiedyś się pojawi...


Simona Kossak, O ziołach i zwierzętach, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017 [seria EKO]


9. Krajobraz pisany szeptem (Natasza Goerke, Tam)

9. Krajobraz pisany szeptem (Natasza Goerke, Tam)



"Rododendron jest dla Nepalu tym, czym dla Polski orzeł, 
tyle że orła trudno wpleść we włosy" 





Tam Nataszy Goerke to unikatowy reportaż o Nepalu.O Nepalu osobistym i oswojonym (Autorka ma tam swój drugi, a może pierwszy dom), o Nepalu zrujnowanym trzęsieniem ziemi (opisanym na początku książki), o Nepalu turystów, o Nepalu wspinaczy, o Nepalu podróżników.

Najciekawsze jest jednak to, o czym Goerke nie pisze, a co dowodzi jej wielkiej subtelności i szacunku dla miejsca. Autorka nie sugeruje, że Katmandu, do którego pojechała jeszcze w latach '80, zanim Nepal stał się upragnionym celem turystów, jest już własne, zajęte i podporządkowane jej życiu. W reportażu świat mnichów, rykszarzy, taksówkarzy, sprzedawców pozostaje więc oddzielony ledwie wyczuwalną linią od przybyszów, czyli ludzi, którzy pamiętają dzień przybycia w te strony.
Być może wynika to ze zżycia się z filozofią Wschodu, a może to wrodzona, dyskretna obecność Autorki. 

Jej pisanie wydaje się niemal bezszelestne, stawiające sobie za cel pisanie nienaruszające świata. 
To jedno z wielkich osiągnięć tej książki, a może to znak prawdziwego, dogłębnego dotknięcia Nepalu.

*
Przytoczę tylko jeden, dłuższy fragment. W nim widać cały świat Tam.


"Wyobraźmy sobie, że mamy dom z ogrodem w takiej, dajmy na to, Bukowinie. I że kiedy myjemy się właśnie pod pompą, do naszego ogrodu wtacza się znienacka grupa przebranych za krakowiaków i górali turystów z Nepalu. Turyści są zachwyceni naszym rustykalnym wdziękiem, wyjmują telefony i zaczynają robić zdjęcia: nam, jak myjemy pachę, naszej małej córke, jak na golasa ugania się za motylkiem (...). Po chwili, zanim cokolwiek zdołamy powiedzieć, turyści ci - nie bacząc na swe nowiutkie kierpce i pawie pióra w czapkach - rozpiegają się niczym stado lajkoników po grządkach sałaty, piszczą na widok bocianiego gniazda, zatykają sobie za uszy pączki naszych róż i zachwyceni rzucają się na krzew porzeczki. Objadłszy porzeczkę, wdrapują się na dach naszego domu i pośród suszących się tam spódnic i staników urządzają sobie radosny piknik. A potem zmęczeni słońcem przenoszą się do naszej sypialni, wskakują do naszego łóżka, zdejmują ze ściany drewnianego Jezusa na krzyżu i pozują do zdjęć: z krzyżem przy piersi, z krzyżem przy uchu. Na pożegnanie (...) odłamują kawałek klamki, żeby mieć pamiątkę z pobytu w Polsce i wręczywszy nam długopis i pięc złotych, wychodzą, zostawiając na podłodze ślady błota (s. 107)".


Pomiędzy opowieściami o podróżnikach, o historii Nepalu i uwikłaniu jego spraw wewnętrznych w ogólnoazjatyckie tendencje rozwoju, o świecie najuboższych, ale zawsze strojnych kolorową biżuterią biedakach, o zdobywaniu szczytów, o udzielaniu pomocy w najtrudniejszych tygodniach, o prostocie życia, pulsuje coś ulotnego, nieuchwytnego.

Podczas lektury miałam wrażenie, że mimo niezwykle pięknego, chirurgicznie precyzyjnego języka i plastycznej wyobraźni (tak dobrze znanej z wcześniejszych próz Goerke), ciągle pozostajemy po stronie tu. Autorka pisze tak, że nie zdajemy sobie sprawy z istnienia szklanego klosza dzielącego nas od obrazu. Szkło jest krystalicznie czyste, przenikają przez nie odgłosy i zapachy (wspaniałe passusy o woni jałowca), ale istnieje. Najlepiej ideę miejsc, o których marzymy i które nigdy nie będą nasze wyraził Czesław Miłosz, pisząc: "wejść tam nie można, ale jest na pewno".

Taki jest Nepal Goerke.

I niech taki Nepal śni się nam w nieprzespanym śnie czytelnika.




Natasza Goerke, Tam, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

(i Cecilia Bartoli - najlepsze mrugnięcie okiem w stronę czytelnika jakie znam)



Copyright © 2014 dyskretny urok drobiazgów , Blogger