58. Liao Yiwu, Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe Chiny z perspektywy nizin społecznych

58. Liao Yiwu, Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe Chiny z perspektywy nizin społecznych



Lekturę tę książki poprzedziło lisie skradanie się i długi namysł, bo tom czekał na półce od 2011 roku. Wiedziałam, że rozmowy Liao Yiwu mają siłę rażenia bomby atomowej i trzeba mieć bardzo silne nerwy, żeby przez nią przebrnąć. W końcu zaczęłam czytać. Wrażenie było wstrząsające. Czytałam Mężowi całe strony, bo obok tych historii nie można przejść obojętnie. Każda z nich przedstawia losy jednego przedstawiciela "chińskich nizin społecznych" i każda paraliżuje umysł trudnym do opisania stężeniem nieszczęść i niesprawiedliwości. Liao Yiwu, na przekór polityce, mimo nagonek, szykan, zastraszaniu i innym formom prześladowania, postanowił wysłuchać tych obywateli, którzy przez lata byli ignorowani przez rząd i nie umieli znaleźć dla siebie miejsca w społeczeństwie podporządkowanym totalitaryzmowi. 
"Liao pisze (...) z odwagą człowieka, który wie, czym jest strata, i się jej nie boi" 
(ze Wstępu Philipa Gourevitcha)

Siłą tej książki są mówiący - wrogowie klasowi, ludzie niewidzialni dla Chińskiej Partii Komunistycznej: właściciele ziemscy, uczestnicy wydarzeń z 4 czerwca 1989 roku na placu Tian'anmen, handlarze ludźmi, antytotalitarny kompozytor, wiejski nauczyciel, czerwonogwardzista i mnich, ale także Chińczycy obeznani ze starożytnymi rytuałami. Tutaj oczywiście największą uwagę zwraca "prowadzący umarłych", czyli para mężczyzn, którzy przeprowadzają zmarłych do rodzinnych stron, by mogli spocząć w ojczystej ziemi. Zmarli odprowadzani są w pozycji pionowej tak, by wyglądali na żywych,  ostrzykuje się ich ciała rtęcią, robi makijaż, ubiera w zdobne szaty i przykrywa płachtą ciężkiego materiału, pod którym znajduje się także jeden z dźwigających zmarłego, bo musi mu dawać własnym ciałem. 
W rozmowach spisanych przez Liao Yiwu nieustannie powracają obrazy samotnej walki jednostki z zabójczym systemem, który zupełnie dewastuje życie, nie dając najmniejszych szans na odkupienie i wyzwolenie się z raz wydanego wyroku. Kto raz narazi się partii komunistycznej, ginie. Pytanie, ile czasu zajmie politykom zrujnowanie danej osoby. Metody są wyrafinowane, wszystko służy udręczeniu i zamęczeniu i ma się odbywać powoli. 
W historiach spisanych w "Prowadzących umarłych" wielokrotnie powracają opisy kanibalizmu na chińskiej prowincji (zjadanie córek), wykorzystywania dzieci, maltretowania fizycznego i psychicznego wszystkich, którzy mieli odwagę pójść za swoimi marzeniami i ideałami.
Jest to lektura trudna, wymaga emocjonalnej dyscypliny, ale to pozycja obowiązkowa. Mimo niekończącego się natłoku katastrof i porażek, zza tragedii zawsze wystaje malutki rąbek najczystszego człowieczeństwa, pragnienie zmiany, wiara w pokonanie nieśmiertelnego smoka. Dla tych kilkudziesięciu dowodów na wartość ludzkiego serca i siły woli trzeba przeczytać te rozmowy. 

Liao Yiwu, Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe Chiny z perspektywy nizin społecznych. Z angielskiego przekładu Wen Huanga tłumaczyła Agnieszka Pokojska, Czarne 2011, ss. 372. 
57. Marta Eloy, Engramy

57. Marta Eloy, Engramy


Gdzie się podziały poetki? Tu są! Nakręcają sprężynę świata, pochylają głowę i notują odchylenia rzeczywistości.




Wróciłam do czytania Engramów po wielu miesiącach przeróżnych gatunkowo lektur, by jeszcze raz zmierzyć się ze zjawiskiem, które najsilniej przemawia do mnie w tym tomie. Trudno mi je zdefiniować w sposób jednoznaczny, bo odnoszę wrażenie, że zostało pomyślane jako byt ruchliwy, wymykający się i istniejący pod warunkiem własnej nieuchwytności. Nazwałabym go metodą patrzenia, które wcale nie jest (jedynie) intuicyjne i osadzone we wrażliwości Patrzącej, ale stanowi część szerzej zaplanowanego i skonstruowanego systemu myślenia. Eloy, wykorzystująca przeróżne techniki mierzenia się w doświadczaniem życia, pisząca z wielu punktów widzenia (ludzkiego, matczynego, turystycznego, tubylczego, kobiecego, filozoficznego, czytelniczego, artystycznego) daje się chwycić za stalówkę (lub klawisz klawiatury) w momencie, który tak mnie interesuje: w chwili przesuwania pulpitu/ kartki papieru / statywu. 
Nieustannie odnoszę wrażenie, że siła Engramów tkwi w spisywaniu świata z pewnym opóźnieniem, kiedy doznaniowość i intelekt, wykute przez konkretne wydarzenia, zaczynają krzepnąć, krystalizują się w konkretnych frazach, bo już są owocem namysłu. Takie pisanie, które już wie, które wyraźnie staje po stronie intelektualnego przetwarzania (unikając ryzyka egzaltacji), ale nigdy nie rezygnuje z lekkości, z tajemnicy, z otwartości na nowe rozumienie spraw już nazwanych. Z tej metody wyłania się ręka i umysł Piszącej, która przygląda się światu i chce go widzieć sobą.





Engramy - definiowane jako "ślady pamięciowe w mózgu, zmiany w układzie nerwowym, magazyn wspomnień" (s. 3) - stają się nową definicją obecności. Jestem, bo rejestruję zmianę, a rejestruję ją na poziomie synaps i komórek. Gdy spojrzymy na nie z lotu ptaka, zobaczymy kobietę na rowerze, a nad nią ciemną chmurę. Bez puenty parasola.  

Marta Eloy, Engramy, Kraków, Lokator 2017, ss. 62.
56. Jun'ichirō Tanizaki, Pochwała cienia

56. Jun'ichirō Tanizaki, Pochwała cienia


Prostota japońskiego pokoju budzi u ludzi Zachodu zdumienie - mają wrażenie, że widzą nagle szare ściany bez żadnym upiększeń. Cóż, można ich zrozumieć, ale dzieje się tak, ponieważ nie potrafią przeniknąć tajemnicy półmroku. A my, jakby nawet tego znikomego światła było nadto, jeszcze się przed nim osłaniamy, dobudowując już poza pokojami, dokąd promienie słoneczne mają utrudniony dostęp, werandy okalające dom i przekrycia dachowe nad gankiem (s. 40)

Lektura eseju "Pochwała cienia" (1933) Jun'ichirō Tanizakiego była jednym z przełomowych doświadczeń czytelniczych minionych miesięcy. Japoński pisarz w swojej krótkiej, niezwykle esencjonalnej książce nakreślił ramy rodzimej filozofii przestrzeni. Chociaż swoją opowieść o roli cienia w życiu codziennym Japończyków snuje wokół przedmiotów i pomieszczeń, nie traci z oczu perspektywy zachodniej. Stawia się tym samym w roli koryfeja, znającego intymne sekrety własnej kultury, który mówi o świecie zbudowanym na odmiennym pojmowaniu piękna w sposób subtelny, a przecież wnioski płynące z lektury skłaniają do kilku gorzkich refleksji. 

Tylko z pozoru opowieść o okapach okien, ochronie przed ulewnymi deszczami, zupie podawanej w ciemnych naczyniach powleczonych laką, pędzlu zamiast stalówki, parawanach i kolorach ścian dotyczy estetyki Japonii, bo przecież za każdym obrazem i refleksją stoi pytanie o filozofię życia. W opisach codziennych zachowań, więzi z przyrodą (np. wybieraniu gęstych roślin zamiast starannie wypielęgnowanych alejek i trawników) tkwi sekret Metody. 

Tanizaki pisze:

Kiedy ludzie Zachodu wykryją najdrobniejszy pyłek brudu, bez pardonu go usuwają, my na Wschodnie tymczasem pieczołowicie go zachowujemy, ba, idealizujemy. Jeśli powie ktoś, że głosząc takie prawdy, w istocie poprawiamy sobie tylko samopoczucie, niech i tak będzie, ale faktem jest, że uwielbiamy rzeczy naznaczone piętnem ludzkiego brudu, osmolone sadzą, plamy będące wynikiem działania czynników przyrody. Lubimy koloryt i połysk śladów przywołujących na myśl dawne zdarzenia, których są pamiątką. Przebywanie w wiekowych domostwach, pośród starych sprzętów w zadziwiający sposób przynosi nam spokój i koi nasze nerwy. Dlatego często zadaję sobie pytanie, dlaczego w szpitalach, a w każdym razie w tych, w których leczą się Japończycy, zamiast zapełniać sale chorych wypolerowanymi sprzętami, nie próbuje się nieco wyciszyć jaskrawej tonacji śnieżnobiałych ścian, uniformów personelu medycznego i lśniącej aparatury. Nie mam wątpliwości, że chory na pewno czułby się swobodniej, gdyby w trakcie kuracji leżał na macie, otoczony śnianami w kolorze i o fakturze piasku, tak jak w japońskim pokoju (s. 30).

 Metodę opisywaną przez Tanizakiego można by definiować jako metodę stawiającą na pierwszym miejscu sensualność, która ma swój własny czas. Doznawanie świata, także w akcie "domyślania się" kształtów i kolorów, dokonuje się dzięki kontemplacji, medytowaniu nad poszczególnymi gestami.
Tylko ktoś, kto daje oczom i palcom czas na poznanie wszystkich odcieni i faktur może napisać podobne zdanie:

Wyrobów z laki zdobionych malowidłami ze sproszkowanego złota nie ogląda się w całej okazałości, w pełnym świetle. Winny one spoczywać w ciemnym miejscu tak, żeby można było ku nim spoglądać od czasu do czasu, w miarę jak refleks bladego światła uwidoczni któryś z detali. Ich pyszne, bajecznie wzorzyste desenie pozostają w znacznej części w cieniu i każą nam jedynie domyślać się ledwie sugerowanych tajemnych głębi. Połyskująca powierzchnia laki, kiedy przyglądamy się jej w ciemności, odbija migoczące światło świecy, zapowiadając niespodziewane podmuchy wiatru, który od czasu do czasu postanawia złożyć nam wizytę w cichym pokoju, sprawiając, że mimo woli pogrążamy się w zadumie. Gdyby w tym ocienionym wnętrzu nie było przedmiotów z laki, senny świat zrodzony z tajemnicznego światła lampy lub świecy, którego migotanie wyznacza puls nocy, straciłby wiele ze swojego czaru (s. 33).

Oczywiście żadna filozofia nie jest zamknięta w żelaznym pudełku - sam Tanizaki wybrał dla siebie jasną łazienkę i elektryczne ogrzewanie (czym zaskoczył rzemieślnika przygotowującego dla niego mieszkanie)*, ale warto poddawać się co jakiś czas ćwiczeniom z odmiany. Jeśli nie tym polegającym na eksperymentowaniu z doświetlaniem pomieszczeń, to chociaż intelektualnym. 

Warto czytać tę książkę nie tylko w zachwycie nad umiejętnością komtemplacji, ale także śledząc perspektywy patrzenia autora. Kilka pomysłów można dość łatwo przejąć, a kilka należy dobrze przemyśleć, bo czy Tanizaki dobrze robi powołując się na obrazy Japonii wytworzone przez kolonialne oko? Tutaj szczególną uwagę zwraca passus poświęcony kolorowi skóry i kontekstom, które Tanizaki wybiera do zinterpretowania zjawiska różnic rasowych.

Esej brzmi wybitnie dzięki Henrykowi Lipszycowi, który nastroił go w każdym najmniejszym szczególe. Z jego wstępu pochodzi też anegdota oznaczona powyżej gwiazdką.


J. Tanizaki, Pochwała cienia, wstęp i przekład Henryk Lipszyc, Kraków 2016, ss. 76.
55. Gdzie cień i cierń (Urszula Honek, Pod wezwaniem)

55. Gdzie cień i cierń (Urszula Honek, Pod wezwaniem)


Gdzie się podziały poetki? Tu są! Idą ciemnym polem, skubią korę ciała.



Ten tom zrodził się z wody, z błon i wirów, a może nawet z krwi i śliny zwierząt. Wszystko skleja materia, materia odbywa się między postaciami, które wracają (prawie cały ich świat mieści się w kolejnych kadro-wierszach) i oddalają się chyba tylko na długość narracji. 

Dużo tutaj odgłosów, ktoś woła, ktoś wyje, dźwięki pojawiają się, by naruszać, by przesuwać granice bólu i ludzi. Ale nie brakuje też głębokiej, kontynentalnej ciszy. Ciszy ze Wschodu, która zna tysiące krajobrazów i dociera wielką masą żywiołu, by przeprószyć się w śnieg, zbrylić w grad lub zwyczajnie wyciec. 


widno

I
prowadzimy się za ręce. sfory biegną na nas
jak ludzie, którzy zaglądają do trumny,
choć nikt ich nie zapraszał na pogrzeb.
doprowadźcie mnie przed sąd, pozwólcie się wyrzygać.
nic nie trzyma mnie z wami ani przeciw wam.

II
jest płoszenie ptaków, strzały tak blisko,
że widzę ich ślepy lot. pijaństwo i wycieranie ręcznikiem
szampana z podłogi. jest też bóg. schował się w norze,
a ludzie próbują go wykopać.

III
jest samotność, z której nie rodzą się dzieci.


oślepiło

przytulam się do ciebie w styczniowe południe.
moje kobiety wołają: zostaw, wypluj, połknij.
moje kobiety podchodzą do łóżka,
gdy w nocy rzeba wstać i zapalić światła,
by ci, którzy wrócili, znaleźli drogę.
zbieram po nich rozrzucone szmaty, pęknięte naczynia,
pokruszone mydło. zasiej w niej dziecko. niech wie,
że nie jest sama. zasiej w niej dom i parne wieczory,
w które nikomu nie chce się płakać.
mężczyźni przychodzą. gdy śpimy objęte na podłodze.
wszyscy wiedzą, gdzie stoi miednica z gorącą wodą.
obmyj twarz, obmyj ręce. mięśnie zaciśnij jak do porodu.
przetrzymać miłość.
  


jasnota

naszym sąsiadom urodziło się dziecko,
może to jedyny dowód, że ktoś przez chwilę kochał.
w naszym domu od dawna nikt nie płacze.
idziemy każde w swoją stronę i oboje
do śmierci.


Łatwo można by wskazać, którędy Urszula Honek trafiła do swoich miejsc, bo takiej wodzie, mgle, ziemi i powietrzu już chylono czoła, ale nie są to opowieści o słowach i nie są to obrazy o powtarzaniu czyjegoś patrzenia. Teksty rozchodzą się w rękach, prześwituje krew, pustka, kruszy się człowiek (chyba prosto w proch).
To jest pisanie o wkładaniu rąk w śmierć, o dotykaniu ciała, o podglądaniu zabronionego, o pomyłkach rąk i stóp.
Korzenne błoto z tych pól niech się nam naniesie do samego środka.


Urszula Honek, Pod wezwaniem, WBPiCAK, Poznań, ss. 38.
54. Świat dotknięty uważa się za zapisany (Hanna Janczak, Jeszcze ciszej)

54. Świat dotknięty uważa się za zapisany (Hanna Janczak, Jeszcze ciszej)




Gdzie się podziały Poetki? Tu są! Notują ruchy sejsmiczne słów, głowę trzymają blisko ziemi.


W najnowszym tomie poetyckim "jeszcze ciszej" Hanna Janczak pokazuje krótki instruktaż demontażu: usuwa miąższ, patroszy, oczyszcza widzenie. Na końcu widz stoi już tylko słowo w słowo z wizjami, które w tym tomie piętrzą się i wypychają wszystko, co zdawało się być zupełnie znane i oswojone.

Nie ma wyznaczonej trasy tekstów, można poruszać się dowolnymi ruchami. W końcu trafi się do "jędrnej truskawki języka", na terytoria łazienkowych pająków lub w głąb dźwięku (wejście nieoznaczone). Wszystkie zapisy mają kopię zapasową, coś tu się stale podwaja, obrazy zabezpieczają obrazy, pytania przebijają odpowiedzi. Jeśli istnieje liryczny głos, który łączy teksty, to tutaj mamy do czynienia z Głosem, który mówi z pozycji świadomej ciekawości. Bywa zrezygnowany, ale nie rezygnuje.



Coś już się wyjaśniło, coś budzi niechęć i ciekawość, ale  obserwatorka (o ile to jedna osoba/ i czy w ogóle osoba) nie daje za wygraną. Zmienia rejestry, zmienia sposób poznawania świata, podejmuje wyzwania percepcji, często wybiera dotykanie (być może potajemnie liże świat). W końcu wiersze stają się zapisem świata wybrajlowanego (także na okładce), odczytanego po swojemu, bo prywatnymi palcami. We wszystkim, co zostało wyciągnięte jak nitka, tkwi osobne patrzenie, ale nie da się tego przejąć. 


Tom zaczytałam całkowicie, a wciąż nie wiem, nie umiem nazwać po imieniu zjawisk, którymi Głos tłumaczy świat. I niech tak zostanie. Niech mówi dalej. Czytać da capo al fine.

Posłuchaj Autorki, kliknij TUTAJ



#gdziesiepodzialypoetki

Hanna Janczak, jeszcze ciszej, WBPiAK Poznań 2018, ss. 37.
Projekt okładki: Piotr Zdanowicz

  




53. Mene, tekel, fares płetwą i ogonem ("Czarna załoga" Jadwigi Maliny)

53. Mene, tekel, fares płetwą i ogonem ("Czarna załoga" Jadwigi Maliny)


Gdzie się podziały poetki? Tu są!
Zostawiają na korze i wodzie znaki dla ludzkości. Czytają wróżby ogonów i wąsów. Wyławiają ze szmaragdowej toni wraki maybachów.


Czarnej załodze Jadwiga Malina buduje niezwykle spójną narrację o dziejach człowieka. Poetka swobodnie porusza się po osi czasu, obiera ze skórki epoki i wyjmuje z miąższu wciąż to samo mroczne ziarno. W jej wierszach człowiek ofiarowuje światu subtelność umysłu, ale jego istnienie pozostawia po sobie zbyt wiele niepokojących śladów. Każdy utwór to notatka, lupa dla czujnego oka. W osobnych kadrach można łatwiej zmierzyć puls świata.

W tytułowym wierszu Malina pisze:



Do obrazu Fantastyczne zwierzęta EgiptuRobineta Testarda

Jeszcze całkiem słusznie wkoło. W paszczach. Płetwach.
Jednorogich. Jest kamień na kamieniu. Zamek w dali.
Kopytko na nogach. Ale już płynie. Już podpływa.  W mig wszystko rozpieprzy. Czarnego statku załoga.



 a w kolejnym wierszu przeskakuje epoki, by przybić do brzegu XX wieku.
Czarnobyl 

Zastał nas wśród zajęcy. Gdy kuropatwy o strzygących
Nóżkach wznosiły świat. A on taki niewinny jak baranek.
Jak zabłąkana owieczka. Wpadł nam w ramiona.
Ugościł się. W ośrodku zdrowia mówili, że idzie wojna.
Że trzeba znosić prowiant do piwnicy. Jednak następnego
Dnia świat nadał istniał. Rozrastał się. I zapełniał ziemię.
Matki łagodnie promieniowały, krojąc podgardle.




Malina czyta świat uważnie, łącząc subtelną elegancję obserwatorki przyrody z przenikliwą oceną nowoczesności. Przebywa w sceneriach melancholijnych i niewinnych, mija "kaskady poziomek i gałęzi", odczuwa ruchy powietrza i ziemi, plami palce sokiem z jagód, ale nie traci z oczu niepokoju epoki, widzi człowieka przy klatce z małpą, Nigeryjkę obdarowaną parą butów i ginącą pszczołę. 

Przyglądanie się najpiękniejszemu ze światów przeradza się niepostrzeżenie w rejestrowanie spadania w przepaść. Wahadło między ludzkim i materialnym przebywa coraz krótszą drogę.  


Tom pisany obrazami zapamiętanymi z wędrówek po bezludnych bezdrożach i tłocznych muzeach. To kronika tracenia i depesze pisane na gorąco podczas wchodzenia na kolejną Arkę Noego. 
Na jakiej ziemi wysiądziemy, gdy opadną wody tego potopu?

Jadwiga Malina, Czarna załoga, posłowie Wojciech Ligęza. Krakowska Biblioteka Stowarzyszenia Pisarzy polskich, Kraków 2018, ss. 60. 

52. Makatka z sową (Herta Müller, Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie)

52. Makatka z sową (Herta Müller, Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie)


Windisch marznie. Spogląda w dół drogi. W miejscu, gdzie kończy się droga, trawy napierają na wieś. Tam, na samym końcu, idzie mężczyzna. Mężczyzna jest czarną nitką, wplecioną w rośliny. Napierająca trawa unosi go nad ziemię (s. 8).

W świecie tej książki język narracji przypomina rzemieślniczą dłubaninę ludowych hafciarek, które nie piszą, ale szyją obrazy. Dobieranie słów i zdań do historii, którą opowiada Herta Müller, przypomina perfekcyjne, przemyślane wbijanie igły w grube białe płótno: ślad jest widoczny od razu. Nawet jeśli usunie się kolorową mulinę, zostaną dziury po naruszeniu splotu. Powstaje gęsta alegoria zbudowana z krótkich, paraliżujących zdań. Język jest pierwszą pułapką, żadne słowo nie może opuścić zdania. Nie ma w nich miejsca na złapanie oddechu. Oddech ma trwć tylko tyle, ile trwa fraza.

Dalia już dawno wyzionęła ducha, a mimo to nie mogła przekwitnąć (s.15).

Dzieckiem jest Kürschner. Odkąd nauczył się chodzić, codziennie szedł w pole. Łapał jaszczurki i ropuchy. Kiedy był większy, wdrapywał się nocą na kościelną wieżę. Wyjmował z gniazd sowy, które nie umiały jeszcze latać. Pod koszulą zanosił je do domu. Karmił sowy jaszczurkami i ropuchami. Kiedy były już duże, zabijał je i patroszył. Moczył w mleczku wapiennym. Suszył i wypychał (s. 30).

Pisarka rzadko pisze w taki sposób, choć łatwo można rozpoznać jej styl. W Człowieku... tworzy alegoryczną, okrutną baśń o ludziach na zawsze schwytanych, uwięzionych w prawie doskonałej scenerii, bezskutecznie próbujących uciec od historii, ciała i sąsiadów. Zmaganiom z pułapką  miejsca (czytelne odwołania do reżimu) towarzyszą zachowania zwierząt. Nad osadą krąży młoda sowa, która jeszcze nie do końca zna się na przynoszeniu śmierci i wielu mieszkańców niepotrzebnie umiera. Chłopiec gromadzi ptasie truchła, tworzy z nich na strychu pryzmy. I woń rozkładu roznosi się jak morowy los wśród bohaterów.
Kto chciał wyjechać z tego miejsca, musiał zapłacić. Płacono workami ze zbożem, żonami i córkami.
A kiedy można było wreszcie wyjechać, pójść prosto w upragnioną wolność, coś kazało zawracać, spoglądać za siebie. Ten gest zawsze smakuje słono.

Okrutna, niepiękna, przejmująca mikropowieść.
Znakomity przekład Katarzyny Leszczyńskiej!

Herta Müller, Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec 2009, ss. 112. 

51. Skowyt naczyń połączonych (Justyna Krawiec, Chłód)

51. Skowyt naczyń połączonych (Justyna Krawiec, Chłód)


Gdzie się podziały poetki? Tu są! Odprowadzają wzrokiem czwarty śnieg tej zimy prosto w przepaść.

Można Chłód Justyny Krawiec rozpisać według klucza materii i dźwięków. W pierwszym znalazłyby się wszystkie przemiany wody, topnienie lodu, deszcz, sypiący śnieg, wysychanie i wilgotnienie. W drugim byłoby słychać ciszę przenikniętą skowytem udręczonych zwierząt, które przechodzą od wiersza do wiersza, zmieniając tylko sylwetki (raz milczy kot, raz wyje pies). Podwójność świata, który z jednej strony jest namacalny, bolesny, powleczony nadczułą skórą, a z drugiej niemożliwy do objęcia i przeżycia, staje się wyzwaniem dla poezji. Ta poezja lubi notowanie, jej narządem jest oko obserwujące przez szkło (najczęściej szybę), porą dzień, gdy czeka się na powrót, ulubionym przedmiotem zegarek, a scenerią  -zaśnieżona Łódź. 

Popołudnik


lipiec za chwilę zmieni czas na przeszły.
jest ciemniej, robi się chłodno. marzną mi palce
i coraz turdniej trafić w klawisze, podmieniam słowa,
talerze, nasze ubrania na czyste, ciebie też podmienili
kto to zrobił?

jest 20.30, siedzisz w pracy i być może właśnie teraz
dopasowujesz części. trzy sekundy na część, a mnie
nie wystarczył cały dzień, żeby znaleźć nowy sposób na strach.

wszystko jest przewidywalne: wracasz, pada deszcz.
szybki zastrzyk życia w sztywne od przerzedzonej krwi żyły i już.
leżysz na brzuchu, oddycham pod twoim obojczykiem,
bardziej przerażona niż zwykle.
(s. 8)

---------------------------------------------------------------------------

O stracie

od dziś ciemniej. zginął świat dający się opowiedzieć.
w pokoju martwa natura - zwinięty w fotelu koc, książki
ułożone do góry grzbietem, dym wypływający z popielniczek.
slow motion, którym ktoś mnie złośliwie naznaczył.
chodzę tu tak cicho, jak chodzi się przy zmarłym -
z głęboko schowanym oddechem.

szanuję ten stan. nie mówię o nim
dużo. beznamiętnie składam raporty,
chociaż nie mam komu.
(s. 32)

------------------------------------------------------------------------

Inny świat


jeszcze są we mnie wiersze i świat inny od tego,
który znasz. w nim drzewa rodzą się od razu
duże i martwe. nie siada na nich żaden ptak, wszystkim
połamałem skrzydła. dla pewności, że ktoś ze  mną
zostanie.

nie wpuszczam tutaj nikogo. jestem ostrożna. chwile
nieuwagi są nad ranem, kiedy jestem zbyt pijana,
by pilnować słów, a one są kluczem.

mój świat jest głuchy i ślepy, nie reaguje na bodźce.
nie rozpoznaje cię i dlatego nie odpycha. możesz poruszać się
swobodnie.

jestem inna. urodziłam się cicha i czarna.
niezdolna do odchodzenia. mam źle zrośnięte ręce,
przyciśnięte do boków. jeszcze nie wiem, jak skończy się
wiersz, ale czuję to światło.
(s. 35)

----------------------------------------------------------------------------------------

Nad wszystkim czuwa kobieta, która wykuwa wiersze w lodzie. Ceną istnienia w przestrzeni mieszkania jest wytracanie siebie, niknięcie, "kruszenie ramion", a w końcu zupełna pustka. Ona pozostanie po kimś, kogo zbyt długo toczyła zima, kto trzymał pod poduszką nóż, kto był zbyt świadomy plam i zacieków po własnym ciele. Życie toczyło się gdzie indziej.

Być może mogłaby uratować miasto, ludzi na przystankach, rozpędzone auta, pikujące jaskółki, ale krzyk lirycznej narratorki zawsze tłumi szklany klosz. Otwiera usta, ale okrzyk do nikogo nie dociera. Zrobiła więc rysę, żeby wydostać się z siebie wierszem.


Justyna Krawiec, Chłód. Biblioteka Arterii 2008-2011, Łódź 2011, tom 12, ss. 38.


50. Podręcznik dla szwaczek i krojczych (Lukas Bärfuss, Koala)

50. Podręcznik dla szwaczek i krojczych (Lukas Bärfuss, Koala)


Powieść Koala Lukasa Bärfussa została napisana z niezwykłą dyscypliną: zdania wypowiadane są na jednym oddechu, trzymają się wyczuwalnego rygoru, podają historię w sposób bardzo przejrzysty, gromadzą erudycyjnie dobrane argumenty i niezauważenie przenoszą czytelnika do kolejnych tematów. Prawie wcale nie widać linii cięcia narracji, chociaż bardzo łatwo można wskazać poszczególne. Fabułę zbudowano bez użycia gwoździ, z litego języka. Autor dobiera osobne nastroje i język do każdej części i tematu. I tak jest też w znakomitym polskim przekładzie tej książki, autorstwa Arkadiusza Żychlińskiego.

Nie wszystko mnie jednak w tej książce przekonuje.

Powieść toczy się wokół (nagłego? spodziewanego?) samobójstwa przybranego brata, które narrator usiłuje na własne potrzeby "rozpisać", bo myśli językiem, lepiej pamięta słowa niż przedmioty. Ze wspomnień o zmarłym wyłania się obraz bliskiej, ale obcej osoby, odludka i małomiasteczkowego pechowca (dwa groźne wypadki z szybą), może nawet pasywnego tchórza, który boi się wyjechać, bo boi się życia. Zderzanie okruchów wiedzy o bracie (którego narrator znał słabo) z wywodami badaczy prowadzi do analizy historii podobnych śmierci, w których dominuje przypadkowość i porywczość. Przypadek brata daje się jednak uzasadnić, gdy rozciągnie się linię życia zupełnie płasko i weźmie na warsztat porażki, koleje losu i chybione decyzje. Bratu po prostu nie wychodziło, wszystko nie dość dobrze się układało i całkiem przewidywalnie, czyli tragicznie, skończył.

W każdym wydaniu książki, które znalazłam, wydawcy zaznaczali, że historia przybranego brata jest
elementem zaczerpniętym z biografii autora. Rozumiem, że dyscyplina wprowadzona w partiach poświęconych zmarłemu miała uzasadnienie emocjonalne. Informacje są czytelnikom dawkowane, nie ma miejsca na nadmiar słów, zbyt długie dywagacje. Dominuje więc potrzeba racjonalnego (?) podejścia do faktów. Sposób relacjonowania wiadomości o śmierci i późniejszego dociekania przyczyny zgonu staje się widoczny, gdy przechodzimy do kolejnej części książki. Tam rozpoczyna się obszerny passus o kolonizowaniu Australii. Docieranie na nowy kontynent, osiedlanie się, pierwsze próby zasiewania ziemi, hodowania zwierząt i szukania szlaków handlowych prowadzi w narracji do refleksji nad zadziwiającym endemitycznym zwierzęciem.

Autor próbuje bowiem wyjaśnić, jakie znaczenie miało imię nadane bratu w skautach. Dlaczego bycie "koalą" przyniosło chłopcu (a później dorosłemu) mężczyźnie właśnie taki los. Paralele pomiędzy biernością australijskiego torbacza (łatwego do zrzucenia z drzewa, więc także łatwego do zjedzenia i przez to szybko wybijanego) z reakcją społeczeństwa na porażkę życiową pojedynczego człowieka, który nie prowadzi wzorcowego losu (brat pracował w noclegowni, nie uciekł z miejsca bez perspektyw) wydaje się szyte zbyt grubymi nićmi.
Widać tutaj kilka pomysłów na świetny koncept, ale finalne rozwiązanie narracyjnych napięć mnie nie przekonuje. Mimo porywających historii, bardzo namacalnie pokazanych problemów samobójcy i osadników, brakuje zamknięcia, wyrównania dwóch porządków, których jednak porównać się nie da. Opowieść o koali staje się bowiem słusznym i pożądanym głosem w sprawie kondycji kapitalizmu, reakcji społecznych, sposobu traktowania bierności i odstawania od głównego nurtu, ale dzieje się to kosztem prywatnej historii kogoś prawdziwego, kto posłużył autorowi jako mały element w wielkiej tyradzie. W dodatku kosztem własnego brata. Literatura może wszystko,  wszystko wchłonie, ale...

Bärfuss, którego polecam mimo wspomnianych znaków zapytania, świetnie pisze, wie wszystko o języku, sterowaniu myślami czytelnika, stosowaniu pełnej kontroli emocjonalnej i włączaniu literatury do dyskusji o globalnych problemach. A w dodatku finał książki wiele mówi o jego filozofii artystycznej i znaczeniu pisania.
Warto!


Lukas Bärfuss, Koala, przełożył Arkadiusz Żychliński, posłowie napisał Grzegorz Jankowicz, Wrocław 2017, ss. 180.

PS Wspaniała okładka Przemka Dębowskiego (wyjęta prosto z estetyki współczesnych okładek niemieckich domów książki). 
49. Szufladom za granicą brakuje historii (Ornela Vorpsi, Ręka, której nie kąsasz)

49. Szufladom za granicą brakuje historii (Ornela Vorpsi, Ręka, której nie kąsasz)



Kiedy kamień znajdzie się na swoim miejscu, ciąży (s. 22)

Trudno pisze się o historii, której właściwie nie ma. O wspomnieniach, które się zataja i o nawykach, które dostrzega się w chwili, gdy mijają. A o tym próbuje (na kilka sposobów) mówić w swojej maleńkiej książce, Ręka, której nie kąsasz, Ornela Vorpsi. Pisarka stara się w eseistyczno-powieściowo-wspomnieniowych ramach przywrócić coś z dawnej, pozostawionej w tyle Albanii (ale też Sarajewa, Jugosławii). Powraca dzięki obrazom, skojarzeniom i ludziom "pożartym przez ten wiek". Wszyscy wygnańcy chorują na melancholię, mieszkają w Zachodniej Europie, ale w rzeczywistości jedynie wegetują, bo nigdzie nie są u siebie. Jedynym sposobem ratowania bliskich z opresji wygnania jest przywracanie resztek dawnego życia. Narratorka obiecuje przyjacielowi:
Ugotuję ci zupę ze świeżych warzyw, jedną z tych, które dają pewność, że śmierć nie istnieje, że mamy zawsze 10 lat i że czekają nas cuda (s. 44)
Ale nie ma cudów, na wszystkich czeka jedynie oswojone fiasko.

Vorpsi traktuje Rękę, której nie kąsasz jak prywatny notes, plik kartek, którym zwierza się podczas transkontynentalnych lotów (gdy tylko jej świadomość utrzymuje w górze samolot), w krótkich chwilach obezwładniającej nostalgii za rodzinnymi stronami, które już nie należą do niej. Niestety, papier stracił już cierpliwość, nie przyjmuje rozpaczy. Kontakty z dawnymi znajomymi podszyte są pośpiechem, żalem i goryczą. Najsilniej łączy milczenie nad rzeczami nieoczywistymi, podkreślającymi obcość Paryża, w którym mieszka narratorka.

Na Zachodzie mają białowłose dzieci, które wyglądają, jakby miały się stłuc i rozpaść na tysiąc kawałków (s. 48).

Tę króciutką książeczkę warto przeczytać dla kilku zdań, być może fundamentalnych. Vorpsi mówi o byciu połkniętym przez czas, o zapachu bałkańskich nóg, o byciu złodziejką, która może już tylko kraść okruchy domu, o twarzach ludzi na Bałkanach, o tym, że w miejscu wojny nikt nie ma czasu dla zwierząt, a przede wszystkim o filozofii sehir, patrzenia, gapienia się, które nie potrzebuje nazywania, które widzi odmienność i ból.
 Jak często wspominamy wojnę w byłej Jugosławii? Niech nas zatrzyma wąziutka niebieska książeczka znakomicie przełożona przez Joannę Ugniewską. 

Ornela Vorpsi, Ręka, której nie kąsasz, przeł. Joanna Ugniewska, Czarne 2009, ss. 86.

Copyright © 2014 dyskretny urok drobiazgów , Blogger