55. Gdzie cień i cierń (Urszula Honek, Pod wezwaniem)

55. Gdzie cień i cierń (Urszula Honek, Pod wezwaniem)


Gdzie się podziały poetki? Tu są! Idą ciemnym polem, skubią korę ciała.



Ten tom zrodził się z wody, z błon i wirów, a może nawet z krwi i śliny zwierząt. Wszystko skleja materia, materia odbywa się między postaciami, które wracają (prawie cały ich świat mieści się w kolejnych kadro-wierszach) i oddalają się chyba tylko na długość narracji. 

Dużo tutaj odgłosów, ktoś woła, ktoś wyje, dźwięki pojawiają się, by naruszać, by przesuwać granice bólu i ludzi. Ale nie brakuje też głębokiej, kontynentalnej ciszy. Ciszy ze Wschodu, która zna tysiące krajobrazów i dociera wielką masą żywiołu, by przeprószyć się w śnieg, zbrylić w grad lub zwyczajnie wyciec. 


widno

I
prowadzimy się za ręce. sfory biegną na nas
jak ludzie, którzy zaglądają do trumny,
choć nikt ich nie zapraszał na pogrzeb.
doprowadźcie mnie przed sąd, pozwólcie się wyrzygać.
nic nie trzyma mnie z wami ani przeciw wam.

II
jest płoszenie ptaków, strzały tak blisko,
że widzę ich ślepy lot. pijaństwo i wycieranie ręcznikiem
szampana z podłogi. jest też bóg. schował się w norze,
a ludzie próbują go wykopać.

III
jest samotność, z której nie rodzą się dzieci.


oślepiło

przytulam się do ciebie w styczniowe południe.
moje kobiety wołają: zostaw, wypluj, połknij.
moje kobiety podchodzą do łóżka,
gdy w nocy rzeba wstać i zapalić światła,
by ci, którzy wrócili, znaleźli drogę.
zbieram po nich rozrzucone szmaty, pęknięte naczynia,
pokruszone mydło. zasiej w niej dziecko. niech wie,
że nie jest sama. zasiej w niej dom i parne wieczory,
w które nikomu nie chce się płakać.
mężczyźni przychodzą. gdy śpimy objęte na podłodze.
wszyscy wiedzą, gdzie stoi miednica z gorącą wodą.
obmyj twarz, obmyj ręce. mięśnie zaciśnij jak do porodu.
przetrzymać miłość.
  


jasnota

naszym sąsiadom urodziło się dziecko,
może to jedyny dowód, że ktoś przez chwilę kochał.
w naszym domu od dawna nikt nie płacze.
idziemy każde w swoją stronę i oboje
do śmierci.


Łatwo można by wskazać, którędy Urszula Honek trafiła do swoich miejsc, bo takiej wodzie, mgle, ziemi i powietrzu już chylono czoła, ale nie są to opowieści o słowach i nie są to obrazy o powtarzaniu czyjegoś patrzenia. Teksty rozchodzą się w rękach, prześwituje krew, pustka, kruszy się człowiek (chyba prosto w proch).
To jest pisanie o wkładaniu rąk w śmierć, o dotykaniu ciała, o podglądaniu zabronionego, o pomyłkach rąk i stóp.
Korzenne błoto z tych pól niech się nam naniesie do samego środka.


Urszula Honek, Pod wezwaniem, WBPiCAK, Poznań, ss. 38.
54. Świat dotknięty uważa się za zapisany (Hanna Janczak, Jeszcze ciszej)

54. Świat dotknięty uważa się za zapisany (Hanna Janczak, Jeszcze ciszej)




Gdzie się podziały Poetki? Tu są! Notują ruchy sejsmiczne słów, głowę trzymają blisko ziemi.


W najnowszym tomie poetyckim "jeszcze ciszej" Hanna Janczak pokazuje krótki instruktaż demontażu: usuwa miąższ, patroszy, oczyszcza widzenie. Na końcu widz stoi już tylko słowo w słowo z wizjami, które w tym tomie piętrzą się i wypychają wszystko, co zdawało się być zupełnie znane i oswojone.

Nie ma wyznaczonej trasy tekstów, można poruszać się dowolnymi ruchami. W końcu trafi się do "jędrnej truskawki języka", na terytoria łazienkowych pająków lub w głąb dźwięku (wejście nieoznaczone). Wszystkie zapisy mają kopię zapasową, coś tu się stale podwaja, obrazy zabezpieczają obrazy, pytania przebijają odpowiedzi. Jeśli istnieje liryczny głos, który łączy teksty, to tutaj mamy do czynienia z Głosem, który mówi z pozycji świadomej ciekawości. Bywa zrezygnowany, ale nie rezygnuje.



Coś już się wyjaśniło, coś budzi niechęć i ciekawość, ale  obserwatorka (o ile to jedna osoba/ i czy w ogóle osoba) nie daje za wygraną. Zmienia rejestry, zmienia sposób poznawania świata, podejmuje wyzwania percepcji, często wybiera dotykanie (być może potajemnie liże świat). W końcu wiersze stają się zapisem świata wybrajlowanego (także na okładce), odczytanego po swojemu, bo prywatnymi palcami. We wszystkim, co zostało wyciągnięte jak nitka, tkwi osobne patrzenie, ale nie da się tego przejąć. 


Tom zaczytałam całkowicie, a wciąż nie wiem, nie umiem nazwać po imieniu zjawisk, którymi Głos tłumaczy świat. I niech tak zostanie. Niech mówi dalej. Czytać da capo al fine.

Posłuchaj Autorki, kliknij TUTAJ



#gdziesiepodzialypoetki

Hanna Janczak, jeszcze ciszej, WBPiAK Poznań 2018, ss. 37.
Projekt okładki: Piotr Zdanowicz

  




53. Mene, tekel, fares płetwą i ogonem ("Czarna załoga" Jadwigi Maliny)

53. Mene, tekel, fares płetwą i ogonem ("Czarna załoga" Jadwigi Maliny)


Gdzie się podziały poetki? Tu są!
Zostawiają na korze i wodzie znaki dla ludzkości. Czytają wróżby ogonów i wąsów. Wyławiają ze szmaragdowej toni wraki maybachów.


Czarnej załodze Jadwiga Malina buduje niezwykle spójną narrację o dziejach człowieka. Poetka swobodnie porusza się po osi czasu, obiera ze skórki epoki i wyjmuje z miąższu wciąż to samo mroczne ziarno. W jej wierszach człowiek ofiarowuje światu subtelność umysłu, ale jego istnienie pozostawia po sobie zbyt wiele niepokojących śladów. Każdy utwór to notatka, lupa dla czujnego oka. W osobnych kadrach można łatwiej zmierzyć puls świata.

W tytułowym wierszu Malina pisze:



Do obrazu Fantastyczne zwierzęta EgiptuRobineta Testarda

Jeszcze całkiem słusznie wkoło. W paszczach. Płetwach.
Jednorogich. Jest kamień na kamieniu. Zamek w dali.
Kopytko na nogach. Ale już płynie. Już podpływa.  W mig wszystko rozpieprzy. Czarnego statku załoga.



 a w kolejnym wierszu przeskakuje epoki, by przybić do brzegu XX wieku.
Czarnobyl 

Zastał nas wśród zajęcy. Gdy kuropatwy o strzygących
Nóżkach wznosiły świat. A on taki niewinny jak baranek.
Jak zabłąkana owieczka. Wpadł nam w ramiona.
Ugościł się. W ośrodku zdrowia mówili, że idzie wojna.
Że trzeba znosić prowiant do piwnicy. Jednak następnego
Dnia świat nadał istniał. Rozrastał się. I zapełniał ziemię.
Matki łagodnie promieniowały, krojąc podgardle.




Malina czyta świat uważnie, łącząc subtelną elegancję obserwatorki przyrody z przenikliwą oceną nowoczesności. Przebywa w sceneriach melancholijnych i niewinnych, mija "kaskady poziomek i gałęzi", odczuwa ruchy powietrza i ziemi, plami palce sokiem z jagód, ale nie traci z oczu niepokoju epoki, widzi człowieka przy klatce z małpą, Nigeryjkę obdarowaną parą butów i ginącą pszczołę. 

Przyglądanie się najpiękniejszemu ze światów przeradza się niepostrzeżenie w rejestrowanie spadania w przepaść. Wahadło między ludzkim i materialnym przebywa coraz krótszą drogę.  


Tom pisany obrazami zapamiętanymi z wędrówek po bezludnych bezdrożach i tłocznych muzeach. To kronika tracenia i depesze pisane na gorąco podczas wchodzenia na kolejną Arkę Noego. 
Na jakiej ziemi wysiądziemy, gdy opadną wody tego potopu?

Jadwiga Malina, Czarna załoga, posłowie Wojciech Ligęza. Krakowska Biblioteka Stowarzyszenia Pisarzy polskich, Kraków 2018, ss. 60. 

52. Makatka z sową (Herta Müller, Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie)

52. Makatka z sową (Herta Müller, Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie)


Windisch marznie. Spogląda w dół drogi. W miejscu, gdzie kończy się droga, trawy napierają na wieś. Tam, na samym końcu, idzie mężczyzna. Mężczyzna jest czarną nitką, wplecioną w rośliny. Napierająca trawa unosi go nad ziemię (s. 8).

W świecie tej książki język narracji przypomina rzemieślniczą dłubaninę ludowych hafciarek, które nie piszą, ale szyją obrazy. Dobieranie słów i zdań do historii, którą opowiada Herta Müller, przypomina perfekcyjne, przemyślane wbijanie igły w grube białe płótno: ślad jest widoczny od razu. Nawet jeśli usunie się kolorową mulinę, zostaną dziury po naruszeniu splotu. Powstaje gęsta alegoria zbudowana z krótkich, paraliżujących zdań. Język jest pierwszą pułapką, żadne słowo nie może opuścić zdania. Nie ma w nich miejsca na złapanie oddechu. Oddech ma trwć tylko tyle, ile trwa fraza.

Dalia już dawno wyzionęła ducha, a mimo to nie mogła przekwitnąć (s.15).

Dzieckiem jest Kürschner. Odkąd nauczył się chodzić, codziennie szedł w pole. Łapał jaszczurki i ropuchy. Kiedy był większy, wdrapywał się nocą na kościelną wieżę. Wyjmował z gniazd sowy, które nie umiały jeszcze latać. Pod koszulą zanosił je do domu. Karmił sowy jaszczurkami i ropuchami. Kiedy były już duże, zabijał je i patroszył. Moczył w mleczku wapiennym. Suszył i wypychał (s. 30).

Pisarka rzadko pisze w taki sposób, choć łatwo można rozpoznać jej styl. W Człowieku... tworzy alegoryczną, okrutną baśń o ludziach na zawsze schwytanych, uwięzionych w prawie doskonałej scenerii, bezskutecznie próbujących uciec od historii, ciała i sąsiadów. Zmaganiom z pułapką  miejsca (czytelne odwołania do reżimu) towarzyszą zachowania zwierząt. Nad osadą krąży młoda sowa, która jeszcze nie do końca zna się na przynoszeniu śmierci i wielu mieszkańców niepotrzebnie umiera. Chłopiec gromadzi ptasie truchła, tworzy z nich na strychu pryzmy. I woń rozkładu roznosi się jak morowy los wśród bohaterów.
Kto chciał wyjechać z tego miejsca, musiał zapłacić. Płacono workami ze zbożem, żonami i córkami.
A kiedy można było wreszcie wyjechać, pójść prosto w upragnioną wolność, coś kazało zawracać, spoglądać za siebie. Ten gest zawsze smakuje słono.

Okrutna, niepiękna, przejmująca mikropowieść.
Znakomity przekład Katarzyny Leszczyńskiej!

Herta Müller, Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec 2009, ss. 112. 

51. Skowyt naczyń połączonych (Justyna Krawiec, Chłód)

51. Skowyt naczyń połączonych (Justyna Krawiec, Chłód)


Gdzie się podziały poetki? Tu są! Odprowadzają wzrokiem czwarty śnieg tej zimy prosto w przepaść.

Można Chłód Justyny Krawiec rozpisać według klucza materii i dźwięków. W pierwszym znalazłyby się wszystkie przemiany wody, topnienie lodu, deszcz, sypiący śnieg, wysychanie i wilgotnienie. W drugim byłoby słychać ciszę przenikniętą skowytem udręczonych zwierząt, które przechodzą od wiersza do wiersza, zmieniając tylko sylwetki (raz milczy kot, raz wyje pies). Podwójność świata, który z jednej strony jest namacalny, bolesny, powleczony nadczułą skórą, a z drugiej niemożliwy do objęcia i przeżycia, staje się wyzwaniem dla poezji. Ta poezja lubi notowanie, jej narządem jest oko obserwujące przez szkło (najczęściej szybę), porą dzień, gdy czeka się na powrót, ulubionym przedmiotem zegarek, a scenerią  -zaśnieżona Łódź. 

Popołudnik


lipiec za chwilę zmieni czas na przeszły.
jest ciemniej, robi się chłodno. marzną mi palce
i coraz turdniej trafić w klawisze, podmieniam słowa,
talerze, nasze ubrania na czyste, ciebie też podmienili
kto to zrobił?

jest 20.30, siedzisz w pracy i być może właśnie teraz
dopasowujesz części. trzy sekundy na część, a mnie
nie wystarczył cały dzień, żeby znaleźć nowy sposób na strach.

wszystko jest przewidywalne: wracasz, pada deszcz.
szybki zastrzyk życia w sztywne od przerzedzonej krwi żyły i już.
leżysz na brzuchu, oddycham pod twoim obojczykiem,
bardziej przerażona niż zwykle.
(s. 8)

---------------------------------------------------------------------------

O stracie

od dziś ciemniej. zginął świat dający się opowiedzieć.
w pokoju martwa natura - zwinięty w fotelu koc, książki
ułożone do góry grzbietem, dym wypływający z popielniczek.
slow motion, którym ktoś mnie złośliwie naznaczył.
chodzę tu tak cicho, jak chodzi się przy zmarłym -
z głęboko schowanym oddechem.

szanuję ten stan. nie mówię o nim
dużo. beznamiętnie składam raporty,
chociaż nie mam komu.
(s. 32)

------------------------------------------------------------------------

Inny świat


jeszcze są we mnie wiersze i świat inny od tego,
który znasz. w nim drzewa rodzą się od razu
duże i martwe. nie siada na nich żaden ptak, wszystkim
połamałem skrzydła. dla pewności, że ktoś ze  mną
zostanie.

nie wpuszczam tutaj nikogo. jestem ostrożna. chwile
nieuwagi są nad ranem, kiedy jestem zbyt pijana,
by pilnować słów, a one są kluczem.

mój świat jest głuchy i ślepy, nie reaguje na bodźce.
nie rozpoznaje cię i dlatego nie odpycha. możesz poruszać się
swobodnie.

jestem inna. urodziłam się cicha i czarna.
niezdolna do odchodzenia. mam źle zrośnięte ręce,
przyciśnięte do boków. jeszcze nie wiem, jak skończy się
wiersz, ale czuję to światło.
(s. 35)

----------------------------------------------------------------------------------------

Nad wszystkim czuwa kobieta, która wykuwa wiersze w lodzie. Ceną istnienia w przestrzeni mieszkania jest wytracanie siebie, niknięcie, "kruszenie ramion", a w końcu zupełna pustka. Ona pozostanie po kimś, kogo zbyt długo toczyła zima, kto trzymał pod poduszką nóż, kto był zbyt świadomy plam i zacieków po własnym ciele. Życie toczyło się gdzie indziej.

Być może mogłaby uratować miasto, ludzi na przystankach, rozpędzone auta, pikujące jaskółki, ale krzyk lirycznej narratorki zawsze tłumi szklany klosz. Otwiera usta, ale okrzyk do nikogo nie dociera. Zrobiła więc rysę, żeby wydostać się z siebie wierszem.


Justyna Krawiec, Chłód. Biblioteka Arterii 2008-2011, Łódź 2011, tom 12, ss. 38.


50. Podręcznik dla szwaczek i krojczych (Lukas Bärfuss, Koala)

50. Podręcznik dla szwaczek i krojczych (Lukas Bärfuss, Koala)


Powieść Koala Lukasa Bärfussa została napisana z niezwykłą dyscypliną: zdania wypowiadane są na jednym oddechu, trzymają się wyczuwalnego rygoru, podają historię w sposób bardzo przejrzysty, gromadzą erudycyjnie dobrane argumenty i niezauważenie przenoszą czytelnika do kolejnych tematów. Prawie wcale nie widać linii cięcia narracji, chociaż bardzo łatwo można wskazać poszczególne. Fabułę zbudowano bez użycia gwoździ, z litego języka. Autor dobiera osobne nastroje i język do każdej części i tematu. I tak jest też w znakomitym polskim przekładzie tej książki, autorstwa Arkadiusza Żychlińskiego.

Nie wszystko mnie jednak w tej książce przekonuje.

Powieść toczy się wokół (nagłego? spodziewanego?) samobójstwa przybranego brata, które narrator usiłuje na własne potrzeby "rozpisać", bo myśli językiem, lepiej pamięta słowa niż przedmioty. Ze wspomnień o zmarłym wyłania się obraz bliskiej, ale obcej osoby, odludka i małomiasteczkowego pechowca (dwa groźne wypadki z szybą), może nawet pasywnego tchórza, który boi się wyjechać, bo boi się życia. Zderzanie okruchów wiedzy o bracie (którego narrator znał słabo) z wywodami badaczy prowadzi do analizy historii podobnych śmierci, w których dominuje przypadkowość i porywczość. Przypadek brata daje się jednak uzasadnić, gdy rozciągnie się linię życia zupełnie płasko i weźmie na warsztat porażki, koleje losu i chybione decyzje. Bratu po prostu nie wychodziło, wszystko nie dość dobrze się układało i całkiem przewidywalnie, czyli tragicznie, skończył.

W każdym wydaniu książki, które znalazłam, wydawcy zaznaczali, że historia przybranego brata jest
elementem zaczerpniętym z biografii autora. Rozumiem, że dyscyplina wprowadzona w partiach poświęconych zmarłemu miała uzasadnienie emocjonalne. Informacje są czytelnikom dawkowane, nie ma miejsca na nadmiar słów, zbyt długie dywagacje. Dominuje więc potrzeba racjonalnego (?) podejścia do faktów. Sposób relacjonowania wiadomości o śmierci i późniejszego dociekania przyczyny zgonu staje się widoczny, gdy przechodzimy do kolejnej części książki. Tam rozpoczyna się obszerny passus o kolonizowaniu Australii. Docieranie na nowy kontynent, osiedlanie się, pierwsze próby zasiewania ziemi, hodowania zwierząt i szukania szlaków handlowych prowadzi w narracji do refleksji nad zadziwiającym endemitycznym zwierzęciem.

Autor próbuje bowiem wyjaśnić, jakie znaczenie miało imię nadane bratu w skautach. Dlaczego bycie "koalą" przyniosło chłopcu (a później dorosłemu) mężczyźnie właśnie taki los. Paralele pomiędzy biernością australijskiego torbacza (łatwego do zrzucenia z drzewa, więc także łatwego do zjedzenia i przez to szybko wybijanego) z reakcją społeczeństwa na porażkę życiową pojedynczego człowieka, który nie prowadzi wzorcowego losu (brat pracował w noclegowni, nie uciekł z miejsca bez perspektyw) wydaje się szyte zbyt grubymi nićmi.
Widać tutaj kilka pomysłów na świetny koncept, ale finalne rozwiązanie narracyjnych napięć mnie nie przekonuje. Mimo porywających historii, bardzo namacalnie pokazanych problemów samobójcy i osadników, brakuje zamknięcia, wyrównania dwóch porządków, których jednak porównać się nie da. Opowieść o koali staje się bowiem słusznym i pożądanym głosem w sprawie kondycji kapitalizmu, reakcji społecznych, sposobu traktowania bierności i odstawania od głównego nurtu, ale dzieje się to kosztem prywatnej historii kogoś prawdziwego, kto posłużył autorowi jako mały element w wielkiej tyradzie. W dodatku kosztem własnego brata. Literatura może wszystko,  wszystko wchłonie, ale...

Bärfuss, którego polecam mimo wspomnianych znaków zapytania, świetnie pisze, wie wszystko o języku, sterowaniu myślami czytelnika, stosowaniu pełnej kontroli emocjonalnej i włączaniu literatury do dyskusji o globalnych problemach. A w dodatku finał książki wiele mówi o jego filozofii artystycznej i znaczeniu pisania.
Warto!


Lukas Bärfuss, Koala, przełożył Arkadiusz Żychliński, posłowie napisał Grzegorz Jankowicz, Wrocław 2017, ss. 180.

PS Wspaniała okładka Przemka Dębowskiego (wyjęta prosto z estetyki współczesnych okładek niemieckich domów książki). 
49. Szufladom za granicą brakuje historii (Ornela Vorpsi, Ręka, której nie kąsasz)

49. Szufladom za granicą brakuje historii (Ornela Vorpsi, Ręka, której nie kąsasz)



Kiedy kamień znajdzie się na swoim miejscu, ciąży (s. 22)

Trudno pisze się o historii, której właściwie nie ma. O wspomnieniach, które się zataja i o nawykach, które dostrzega się w chwili, gdy mijają. A o tym próbuje (na kilka sposobów) mówić w swojej maleńkiej książce, Ręka, której nie kąsasz, Ornela Vorpsi. Pisarka stara się w eseistyczno-powieściowo-wspomnieniowych ramach przywrócić coś z dawnej, pozostawionej w tyle Albanii (ale też Sarajewa, Jugosławii). Powraca dzięki obrazom, skojarzeniom i ludziom "pożartym przez ten wiek". Wszyscy wygnańcy chorują na melancholię, mieszkają w Zachodniej Europie, ale w rzeczywistości jedynie wegetują, bo nigdzie nie są u siebie. Jedynym sposobem ratowania bliskich z opresji wygnania jest przywracanie resztek dawnego życia. Narratorka obiecuje przyjacielowi:
Ugotuję ci zupę ze świeżych warzyw, jedną z tych, które dają pewność, że śmierć nie istnieje, że mamy zawsze 10 lat i że czekają nas cuda (s. 44)
Ale nie ma cudów, na wszystkich czeka jedynie oswojone fiasko.

Vorpsi traktuje Rękę, której nie kąsasz jak prywatny notes, plik kartek, którym zwierza się podczas transkontynentalnych lotów (gdy tylko jej świadomość utrzymuje w górze samolot), w krótkich chwilach obezwładniającej nostalgii za rodzinnymi stronami, które już nie należą do niej. Niestety, papier stracił już cierpliwość, nie przyjmuje rozpaczy. Kontakty z dawnymi znajomymi podszyte są pośpiechem, żalem i goryczą. Najsilniej łączy milczenie nad rzeczami nieoczywistymi, podkreślającymi obcość Paryża, w którym mieszka narratorka.

Na Zachodzie mają białowłose dzieci, które wyglądają, jakby miały się stłuc i rozpaść na tysiąc kawałków (s. 48).

Tę króciutką książeczkę warto przeczytać dla kilku zdań, być może fundamentalnych. Vorpsi mówi o byciu połkniętym przez czas, o zapachu bałkańskich nóg, o byciu złodziejką, która może już tylko kraść okruchy domu, o twarzach ludzi na Bałkanach, o tym, że w miejscu wojny nikt nie ma czasu dla zwierząt, a przede wszystkim o filozofii sehir, patrzenia, gapienia się, które nie potrzebuje nazywania, które widzi odmienność i ból.
 Jak często wspominamy wojnę w byłej Jugosławii? Niech nas zatrzyma wąziutka niebieska książeczka znakomicie przełożona przez Joannę Ugniewską. 

Ornela Vorpsi, Ręka, której nie kąsasz, przeł. Joanna Ugniewska, Czarne 2009, ss. 86.

48. Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet

48. Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet


W reportażu szukam trzęsienia ziemi, nie interesują mnie rozwiązania pośrednie. Tekst musi mieć potężny ładunek merytoryczny, być starannie napisany, a przede wszystkim wywracać (świato)poglądy do góry nogami. Mam wrażenie, że coraz mniej książek uwodzi tymi cechami. Może dlatego nie piszę o reportażach zbyt często. Ostatnio o książce Delhi Rany Dasgupty. Tym razem będzie o znakomitej, choć mrocznej i przejmującej książce Karoliny Bednarz, Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet.
Zacznę od uwagi, ale mam tylko jedną: ta książka mogłaby być dłuższa, chociaż objętościowo mieści się w bardzo przyzwoitych wymiarach 258 stron (nie liczę podziękowań, refleksji końcowych i - uwaga - 62 stron słowniczka i bibliografii). Materiał reportażowy podzielony został na 23 rozdziały. Ma to swoje zalety, bo Autorka dotyka kilkudziesięciu problemów życia kobiet w Japonii, ale wiąże się z tym też konieczność ograniczania materiału, skracania poszczególnych rozdziałów. Najbardziej podobały mi się części dłuższe, gdzie przygotowanie tematu zostało świetnie zderzone z pracą terenową, gdzie znalazło się miejsce na wyczerpujący komentarz, dodanie większej ilości faktów, przywołanie większej liczby relacji, silniejsze osadzenie w kontekście. Gdyby wszystkie krótsze rozdziały były rozszerzone, mielibyśmy do czynienia z prawdziwą encyklopedią na temat życia kobiet w Japonii. Oczywiście można potraktować te zróżnicowane objętości rozdziałów jako zaletę, bo głównym celem pisania było, jak się domyślam, stworzenie pierwszej panoramy kobiecego życia w kraju zdominowanym przez prawo rodzinne i mężczyzn. Nie wszystkie tematy muszą być dogłębnie zrelacjonowane, czasami równie sugestywne jest samo wskazanie kolejnego problemu. Lapidarność bywa w takich przypadkach narzędziem uwypuklającym aporie poszukiwania wiedzy na temat zakazany, przemilczany, wyparty. I tak interpretuję decyzję Autorki.

Karolina Bednarz przerezentuje w swojej książce świat Japonek nieustannie zderzając stereotypy myślenia o krajach wysoko rozwiniętych z prawdą ulicy, metra i domu. Tematy tej książki jednym tchem: wpisy kobiet i ich nieślubnych dzieci do tek rodzinnych, analfabetyzm uczniów, których nie stać na najdroższe kariery, hańba powrotu do domu po rozwodzie. Bednarz pisze o nieobecnych mężach, o dożywotniej opiece nad teściami, o zakazanych (nieczystych) dzielnicach, wreszcie o codziennym molestowaniu w metrze, o kraju, w którym nie do końca jasne są definicje gwałtu i przemocy seksualnej względem dzieci, o bezdomności, gdy ma się pracę, o chorobie z Minamaty, trądzie na wygnaniu, smutnych śniadaniach bogaczek i samobójstwach - jedynym sposobie, by opuścić tę koszmarną planszę. Bohaterka jednej z historii mówi: "Nie mogłabym być katoliczką, bo nie mogłabym się zabić". Przy życiu trzyma nadzieja, że będzie je można sobie odebrać. 

Jeśli reportaż, to tak.
Lektura obowiązkowa.

Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet, Wydawnictwo Czarne 2018, ss. 325.
47. Pieśni nieuchronności (Julia Fiedorczuk, Psalmy)

47. Pieśni nieuchronności (Julia Fiedorczuk, Psalmy)

Gdzie się podziały poetki? Tu są! Nakręcają mechanizm języka, by cofać się w czasie do dnia narodzin nieuchronności.

W ostatnim tomie, Psalmy (2014-2017), Julia Fiedorczuk stworzyła zupełnie unikatowy cykl poetycki,w którym orzekanie o naturze świata splata się jak wiekową lianą z blikami pisarskiej intymności. Nie bez przyczyny mówię tutaj o wiekowej symbiozie, bowiem kilka tropów subtelnie sugeruje, że porządki myślenia i pisania krążą w tomie wokół pokusy cofania się w czasie. Daty graniczne podane w tytule wskazują na dosyć bliską przeszłość poetyckich gestów, ale kolejne wersy każą wyruszać w poprzek czasu, ku jego pierwszym przejawom, do prehistorii człowieka, czyli prehistorii pisania.

To poszukiwanie początku, dla siebie (poetki wyjmowanej w wierszach z samiutkiego jądra rodzinności, z codziennych scenerii) i dla języka prowadzi do ustalania prymarnych dla egzystencji czynności. Dodam, że będzie tu mowa o egzystencji istoty zapatrzonej w świat i wypatrującej od świata znaków. Julia Fiedorczuk wybiera przede wszystkim leżenie i oddychanie. Niezwykle miłosne przyglądanie się domowym sprzętom (w tej roli dywan) staje się nie tylko wyrazem głębokiej więzi z materialnym wymiarem istnienia, ale przede wszystkim jest formą medytacji, która wynika z przeżywania życia i wyjątkowego pojmowania gęstości własnego czasu. Ten czas w Psalmach jest czasem odbieranym - paradoksalnie - przez samo Życie. To powidoki Balzacowskiej jaszczurzej skóry, która znika tym szybciej, im szybciej żyjemy. Autorka nie pozostawia nam złudzeń, że Jej przyglądanie się istnieniu (we wszelkich jego przejawach) zaczyna być niepokojące, bo docierają do świadomości myśli, które nie pozwalają na lekkość. Widzi, więc wie, a skoro już wie, pisze.

W pewnym sensie wynika z tego, jak sądzę, wybór kluczowego gatunku. Czymże są tym razem psalmy, jeśli nie formą zaklinania, proszenia, może nawet błagania. Autorka nie wybiera adresatów tych gestów, bo potrafi zawierzyć swoje pragnienia sikorce, słońcu, ciału. Widać w tym jakąś formę rozpaczy, która zarazem nie ma w sobie niczego tragicznego. Przeciwnie: wydaje mi się, że Poetka próbuje powiedzieć czytelnikowi, co widzi, gdy rozkłada swoje życie jak karty pasjansa. Wiersze prezentują przetasowane sekwencje życiowych okruchów, które w przedziwny sposób odpominają się, przebłyskują w detalach i wloką pamięć do jej zarania. Autorka pokazuje, jak się pływa w takich warunkach języka, jak trudno jest o dopowiedzenie zdania, jak często głównym głosem wnętrza staje się wątpliwość. 

Znakomity tom zachwycający szatą graficzną (Artur Skowroński), w której bardzo subtelnie pojawiają się symfonie klonowych nosków. Trudno o bardziej dziecięcą i czułą metaforę poetyckiej pracy. Każdy z Psalmów woła do dzieci (choćny tytułem pierwszego wiersza). To dziecko każe plątać numerację psalmów, tylko dzieciom udają się skoki nad otchłaniami interpunkcji. Moim graficznym faworytem jest krzyżyk w lewym górnym rogu okładki, który zgrabnie imituje znak wyjścia z pliku. Właściwie można by z tego tomu wyjść, czyli wyjść z pamięci, wyjść z rozumienia swojej pozycji w świecie, ze wszystkich złożonych w Psalmach deklaracji, ale ktoś postawił go po przeciwnej stronie. Wyjście zablokowane, trzeba przeżyć się w pisaniu do samego końca.

Tom nad tomami!

Julia Fiedorczuk, Psalmy (2014-2017), Wrocław 2017, ss. 55.


Do książki dołączona jest znakomita płyta (Alan Holmes & Julia Fiedorczuk), można posłuchać, jak brzmi czytanie istnienia.

46. Duch opowieści pali tylko sopiany (Krzysztof Varga, Sonnenberg)

46. Duch opowieści pali tylko sopiany (Krzysztof Varga, Sonnenberg)




W najnowszej powieści Krzysztof Varga powraca na Węgry, ale ten powrót niewiele ma wspólnego z błyskotliwą trylogią reportażową (Gulasz z turula - Czardasz z mangalicą - Langosz w jurcie), bowiem tym razem pisanie nie brało się z chęci przybliżenia kilkudziesięciu starannie wybranych informacji kulturowych, kulinarnych czy literackich, ale z potrzeby stworzenia wielkiej narracji o schyłku czasów, o końcu pewnej epoki, którą trudno brać za początek nowej.
Varga, sięgając do XIX-wiecznej filozofii upadku i kresu czasów, posilając się uliczną melancholią kamienic, mostów i nazw, stwarza gigantyczną makietę Budapesztu, miejsca ukochanego, któremu należy się najpiękniejszy tren. Pisarz z niezwykłą erudycją rekonstruuje niszczejący świat dawnego Miasta, ogląda z czułością resztki modernistycznych idei, oddaje hołd Musilowi, Rothowi i Krúdyemu, oddycha węgierskimi powieściami międzywojnia, a przede wszystkim stawia sobie ambitny cel zbudowania powieściowej encyklopedii znikających Węgier. Varga misternie wije gniazda poszczególnych haseł (od legendarnych zwycięstw piłkarstkich po gwiazdy przemysłu porno, od genialnych passusów perfumeryjnych po impresje kawiarniane, od kąpielisk po paski od spodni, od malarstwa po cmentarze), a przy tym snuje swoją niezobowiązującą narrację, w której główni bohaterowie żyją życiem pragnącym zachwytu, kupują w supermarketach rieslingi i lękają się seksu w dawnych mieszkaniach babć. Za pozornie nienadwyrężającą historią miłosną kryje się jednak wielki manifest istnienia: Miasto wzywa do odpowiedzialności, w Mieście, na oczach Andrása (głównego bohatera) rodzi się naród. Miasto jest kołyską i grobem. Oto znika dobrze znany świat, wszystkim depcze po piętach węgierskojęzyczna śmierć, która lubi mocne smoky eyes.
Za zielonkawymi blikami wody w legendarnych kąpieliskach czai się nowa Europa. Zanim przepłyną na drugi brzeg, zanim łaziebny wyprosi wszystkich do szatni, zostaje ostatnia runda. Ostatnia pielgrzymka do świętych miejsc: przejścia podziemnego, w którym już nie śpią bezdomni, przeciągu w metrze, okrzyków sprzedawców w hali targowej. 
Książka pisana w samym wnętrzu Węgier, w doskonały sposób hermetyczna dla tych, którzy nie znają tysiąca jej kontekstów, ale też bliska, bo mówiąca o największej tęsknocie człowieka.
Znakomita, choć wymaga bardzo starannej lektury. Wystarczy za przewodnik po prehistoriach XX-go wieku. Cały czas gada o historii wystawiającej czarny jęzor. I nie pozwoli spać tym, którzy zbyt łatwo zakochują się w polityce.


Krzysztof Varga, Sonnenberg, Wydawnictwo Czarne 2018, ss. 480. 
Copyright © 2014 dyskretny urok drobiazgów , Blogger